WITAMY SERDECZNIE

NA INTERNETOWEJ STRONIE

OLESKIEGO MUZEUM REGIONALNEGO





Jej świat malowany kolorem w oleskim muzeum

Po raz jedenasty  w swoim rodzinnym  mieście i po raz piąty  w miejscowym  muzeum swoje prace wystawiła oleska artystka Halina Mielczarek. Obrazy Halinki są jak smakowite pralinki wytwornej bombonierki, którymi częstują się wielbiciele jej talentu i kochający sztukę. Różnorodne w smaku, pełne spokoju, afirmacji życia, kontemplacji światła. Pastelowy lukier subtelnej kolorystyki potęguje smak piękna wewnętrznego świata artystki. Świata bezpiecznej krainy kolorem malowanej. Stąd tytuł wystawy: „Świat kolorem malowany”. Jej świat to emocjonalny przekaz stanu błogiego letargu, Arkadii, owej krainy szczęśliwości...,  do której  docieramy jak po drabinie spiętych na tej wystawie łańcuszkami licznych obrazów artystki. Eteryczne, delikatne, zamyślone, rezolutne i figlarne anioły, aniołki i aniołeczki, których tu całe mnóstwo. Opiekuńcze, z rozpostartymi rączkami, grające, dyndające nóżkami na uroczej gałęzi drzewa, siedzące na płocie, jadące na rowerku, koniku na biegunach, bawiące się i dziwiące się tej naszej dorosłej poprawności. Malownicze łąki mieniące się naręczem kwiatów, kaczeńców, maków, letnia paleta zieleni i nostalgia jesiennych rudozłotych  krajobrazów, mroczne leśne  uroczyska, przykucnięte malowniczo kopy siana,  stateczne niemal zasypiające nad polnymi dróżkami drzewa. Obrazy mają interesująca fakturę. Farba położona jest na nich dość grubą warstwą, jest chropowata, nieco „odstaje”. Obrazy z bliska wyglądają nieco inaczej niż z daleka. Intrygują, wręcz proszą, by się im przypatrzeć.
 Halina Mielczarek lubi małe formy - takie caceńka-cudeńka. Na wystawie prezentuje  ponad  230 obrazów.  Uprawia ona malarstwo sztalugowe, rysunek, grafikę warsztatową i ceramikę unikatową.  Jest absolwentką Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Opolu. Studia ukończyła w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie. Jako pracownik terapeutyczny Warsztatów Terapii Zajęciowej oraz instruktorka plastyki w Miejskim Domu Kultury w Oleśnie rozbudzała pasje artystyczne wśród dzieci i młodzieży i ma całe zastępy wychowanków. 
Halina Mielczarek wystawiała swoje prace  na wystawach w oleskim MDK, Muzeum Regionalnym w Oleśnie (1982, 1983, 2003, 2010), w częstochowskiej Galerii Sztuki „Bimetal” (1985) i w KMP i K w Częstochowie. (1987). W jej dorobku ważny jest udział w wystawie zbiorowej „Absolwenci dzisiaj” w Częstochowskim BWA (1995). To wtedy prof. Ryszard Osadczy, dziekan Wydziału Wychowania Artystycznego WSP w Częstochowie, napisał o jednej z jej prac: „Zaklęty krąg” jest w pewnym sensie odniesieniem do rzeczywistości, a być może i sumą doświadczeń życiowych.. Dbałość o rzetelność formy, lapidarność jeszcze bardziej podnosi warstwę znaczeniową pracy, podobnie jak czerń druku podnosi jej czytelność”.
Artystka wielokrotnie prezentowała swoje obrazy podczas Dni Olesna. Związana jest z Klubem Plastyków Nieprofesjonalnych przy MDK, uczestniczy w plenerach malarskich, eksponując swoje prace podczas wystaw. Jej linoryty były ilustracją rozdziału poświęconego dżumie w książce: „Kościół św. Rocha, Rozalii i Sebastiana w Grodzisku”, wydanej w 2009 r. Zaprojektowała logo oleskiego muzeum, które zostało zaprezentowane podczas obchodów jubileuszu 50-lecia tej placówki kulturalnej w dniu  26 czerwca 2010 r. 

    Na wernisaż Haliny Mielczarek przybyło liczne grono wielbicieli jej talentu, przyjaciół, przedstawicieli władz miejskich,  instytucji oświatowych  i kulturalnych oraz rodzina artystki.   Swoją obecnością otwarcie ekspozycji zaszczycili: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki z małżonką,  Proboszcz oleskiej parafii ks. Walter Lenart, Dyrektor Miejskiego Domu Kultury Ernest Hober,  Dyrektor Publicznego Gimnazjum  nr 1 Janusz Wojczyszyn, Inspektor Sanepidu Jolanta Bala, Prezes Oleskiego Stowarzyszenia Integracyjnego „Bądźmy Razem”  Małgorzata Szczurek, Przewodnicząca Klubu Plastyków Nieprofesjonalnych przy MDK Maria Orman, fotografik Mirosław Dedyk, redaktor „NTO” Mirosław Dragon. 
Muzeum zaprasza do obejrzenia prac oleskiej artystki  w godzinach otwarcia placówki.  Wystawa czynna od 10 kwietnia do 15 maja 2014 r.

Uśmiechnął się anioł
Do skrzywionej wierzby
Niewinne kaczeńce
Mrugają do  ślimaczka
Poplamiona łąka
Wita się ze stokrotką
Mgła rozlana jak mleko
Otula szklistym płaszczem
Drogi, zagajniki, miedze
Złocące się pejzaże
Oko cieszą
Czas tu wolno płynie
Nie chce dziś stąd odejść


Ewa Cichoń

Zdjęcia na muzealnym facebooku







SPOTKANIE MUZEALNE „O. MARIAN ŻELAZEK - CHRZEŚCIJANIN W HINDUIZMIE”


    XXIII Spotkanie Muzealne „Ojciec Marian Żelazek - chrześcijanin w hinduizmie” odbyło się 10 lutego 2014 r. Poprowadził je, od lat związany z ziemią oleską, misjonarz werbista ojciec  Henryk Kałuża,  wzięty rekolekcjonista, złotousty kaznodzieja, pisarz, poeta, historyk-regionalista,   pieśniarz- bard Pana Boga. Ojciec Henryk urodzony w Brynicy w 1951 r., po ukończeniu   szkoły budowlanej  w Opolu w 1971 r., wstąpił do werbistów w Pieniężnie - misyjnego Zgromadzenia  Słowa Bożego, założonego w 1875 r. przez św. Arnolda Janssena w Holandii. Jako kleryk mocno związał się z duszpasterstwem  Ruchu Światło–Życie, popularnie nazywanym oazą. Tej formacji katolickiej poświęcił  pracę magisterską  bronioną na KUL-u. Jego pierwszą placówką duszpasterską  była parafia Matki Boskiej  Bolesnej w  Nysie. W 1979 r. podjął  studia teologiczne na KUL-u. Od 1982 r. był wiceprefektem kleryków w Nysie. Ten ojciec duchowny kapłanów diecezji opolskiej jest charyzmatycznym rekolekcjonistą, który wielokrotnie głosił Słowo Boże mieszkańcom ziemi oleskiej.  Jego  kazań możemy teraz słuchać w wersji online na internetowej stronie katedry opolskiej. Jako badacz dziejów diecezji opolskiej jest autorem licznych publikacji poświęconych historii górnośląskich „małych ojczyzn”, m.in.: Zarys dziejów parafii Wysoka w Ziemi Oleskiej, Serce Jezusa miłości pełne o historii parafii w Chudobie (współautor o. Józef Niesłony OMI), Nasz brynicki kościół, Przy Sercu Matki  o kościele Matki Boskiej w Raciborzu, Dębie na progu trzeciego tysiąclecia, Dzieje parafii św. Antoniego w Luboszycach, Przy Boskim Sercu - dzieje parafii w Kątach Opolskich, Chróścice - 60 lat Kościoła na tle historii. Wydał wiele tomików poezji:  Połamane skrzydła (o katastrofie smoleńskiej), Nasa ślōnskoł dusa, Błogosławiona niemoc poezje o błogosławionym Edmundzie Bojanowskim, Rozpłomieniona miłością poezje o Matce Marii Merkert, Pragnę wam coś powiedzieć, Wiem, że ktoś czuwa.  Część jego spuścizny literackiej poświęcona jest śląskim świętym i błogosławionym: Owoc winnego krzewu. Ojciec Alojzy Liguda (współautor - ks. dr Waldemar Klinger), Męczennica w białej sukni (o Sabince Schűtz ), Perła śląskiej ziemi: o św. Jadwidze Śląskiej, Płomień ze Śląska: o św. Jacku z Kamienia Śląskiego, Cierpliwa wytrwałość: bł. Matka Józefa - Hendrina Stenmanns- współzałożycielka Zgromadzenia Sióstr Służebnic Ducha Św., Świadkowie wiary, Holdek. Ojciec Henryk jest autorem  licznych artykułów do czasopism katolickich, zwłaszcza misyjnych.
    Spotkanie muzealne  związane było  z wystawą ”Indie – odcienie kolorów na zdjęciach Bartka Wileńskiego” ze zbiorów Muzeum Misyjno-Etnograficznego Księży Werbistów w Pieniężnie, która do 28 marca gościć będzie   w oleskim muzeum. Indie - tygiel ras, kultur i religii, kraj ogromnych kontrastów społecznych i kulturowych. Kraj, który ma różne oblicza. Mozaikę religii tworzą wyznawcy hinduizmu, buddyzmu, islamu, dżinizmu,  sikhizmu i chrześcijaństwa. 26 milionów wyznawców Chrystusa, co stanowi 2,3 %  ludności Indii, spotyka nierzadko prześladowanie. Duchowni katoliccy  podejmują tam  cichą pracę formacyjną bądź posługują  tym najbardziej potrzebującym - zwłaszcza chorym i ubogim, żyjącym w slumsach. Takim misjonarzem przez ponad pól wieku był polski werbista czczony jako święty mąż przez niechrześcijańskich mieszkańców Indii - ojciec Marian Żelazek. Jego życie było ilustracją przysłowia: „Iż dobry przykład czyni cuda”.  Ojciec Żelazek dla mieszkańców Puri jest świętym człowiekiem. Prawdziwym Sługą Bożym. Emanacją dobra poprzez jego posługę na rzecz ubogich, zwłaszcza trędowatych. Wymowny jest tytuł artykułu autorstwa oleśnianina, sekretarza ds. misji w zakonie werbistów, o. Waldemara Kusa „Bóg musi być podobny do o. Mariana” w miesięczniku „Misjonarz”, który  był do nabycia podczas spotkania muzealnego. O tym charyzmatycznym mężu Bożym, misjonarzu spod Poznania, nominowanym  do Pokojowej Nagrody Nobla  samarytaninie trędowatych w Indiach  opowiedział barwnie, ze swadą  ojciec Henryk Kałuża. Oto fragment jego wypowiedzi.  „ Moi drodzy. Nie spodziewałem się, że będzie was tyle, ale  postać ojca Mariana przyciąga ludzi i to jest prawda, ze przyciąga wszędzie. Rzeczywiście jego postać wciąż przemawia. Ojciec Marian przeszedł trudny, bardzo skomplikowany, a jednocześnie szczęśliwy czas. Bo był to człowiek szczęścia, tak o sobie on też mówił. Miałem szczęście, miałem szczęście z nim krótko współpracować, ale nigdy nie dałbym sobie odebrać tej współpracy. Na przełomie lat 1988/89 posłano mnie do Indii. Nie byłem na to przygotowany, ale było mi to bardzo potrzebne, dlatego dzisiaj zgodziłem się na to spotkanie. Przez to chciałbym mu oddać cześć, za to, że on ofiarował mi swój czas i mogłem na niego spoglądać. Pamiętam wiele wypraw naszych, pamiętam taką jedną. Kiedy my w nocy, a w tropiku zachód słońca pojawia się bardzo nagle, a on ze swoją wadą wzroku, a ja wtedy jeszcze nie rwałem się do kierowania pojazdem, bo nie znałem dróg, a one są bardzo wąskie i trudne. Jechaliśmy od miasta do ogrodu nadziei- osady  trędowatych, która dzięki niemu przemieniła się w coś niesamowitego. Ja mówię: >> Ojcze, ojcze, ojcze jedziemy prawie nad przepaścią<<, a on: >>Nie przejmuj się Heniu<<.  Ja patrzę, a tam gdzieś 200 m w dół, my już prawie na skraju, a on spokojnie. Nagle tylne koło gdzieś zaczęło zjeżdżać. Ja wyskoczyłem,  patrzę, a tam piasek, bardzo grząsko, mówię: >>Ojcze my spłyniemy<<. Wyciągnął linę taką, zawiązał  z przodu za palmę, zawiązał z tyłu i to auto tak stało. A ja do niego: >>Co my teraz będziemy robić.<< A on mi na to: >> Nie panikuj, spokojnie<<. Nagle patrzę, coś tam szuka, szuka. Znalazł muszlę w którą zaczął dąć. Myślę sobie, co on teraz wyprawia. Za chwilę patrzę, a tu w buszu zaczęły migotać światełka. Przyszli. Pierwszy raz ich wtedy widziałem. Trędowaci. Ludzie z nikąd. Ludzie bez imienia, ludzie bez przyszłości. Przeklęci. Bez nosów, bez warg, bez uszu.  Tylko przesłonięci troszkę jakąś tam szmatą. To było dla mnie takim niesamowitym wrażeniem. Gdy przyszli, to sama ich obecność, przerażała swoim zapachem. Chociaż nie jestem przewrażliwiony na tym punkcie. Ale tam wtedy tak trochę pękłem. A oni pomówili tam coś z ojcem Marianem, bardzo serdecznie się z nim przywitali. Przynieśli jakieś tam drągi i za chwilę wysunęli to auto. I mówi do mnie: >>Widzisz Heniu, księdzu w lesie ktoś przyniesie<<. Ta jego cierpliwość i niesamowity optymizm był dla mnie taką  niesamowitą też szkołą. Tej lekcji nigdy bym nie chciał zapomnieć. Ojciec Marian urodził się w bardzo ciekawej rodzinie, z której wywodziło się trzech kapłanów, dzieci szesnaścioro, do tego  dwoje dzieci zmarłych krewnych  jeszcze zaadoptowano. To była bardzo religijna rodzina, oni nie tylko żyli Panem Bogiem, oni oddychali Panem Bogiem. Szczególnie matka miała ogromny wpływ na ojca  Mariana, ona dzieliła się z dziećmi doświadczeniami duchowymi. Wcześnie poczuł w sobie głos powołania i wstąpił do niższego seminarium do Chludowa pod Poznaniem. O. Marian od początku zaznaczył się dobrem. Maniuś tak na niego mówili. Po maturze poszedł do nowicjatu do Chludowa w 1938 r. W 1939 r. wojna. Ojciec Marian wraz z innymi klerykami został wywieziony do Dachau. Jak ich wieźli do Dachau to była uroczystość Bożego Ciała, jak jechali mijali miasta i wioski w Niemczech, w których szły procesje Bożego Ciała. Było ich 26, z czego 14 nigdy nie wróciło. On trzy razy był przeznaczony na śmierć i trzy razy jakoś cudem wyszedł. Dlatego postanowił, że swoje życie poświęci, jeśli tylko Pan Bóg będzie tego chciał, najbardziej pokrzywdzonym. Po obozie, po wyzwoleniu z ojcem Bruno Koziełem przedostał się do Rzymu, tam skończył studia na Anselmianum. W  1948 r. był wyświęcony na kapłana i przeznaczony na misje.”
    Marian Żelazek, gdy przyjechał do Indii w 1950 r., miał za sobą koszmar obozów koncentracyjnych w Dachau i Gusen. Traumatyczne przeżycia II wojny światowej obudziły w nim głęboką wiarę w godność każdego człowieka i niezwykłą chęć naprawy tego świata poprzez czynienie dobra. 15 lat spędził wśród koczowników w dżungli - Adivasów w stanie Orissa, gdzie swoim życiem świadczył, iż człowiek dla człowieka musi być człowiekiem. Adivasi kierują się prostą zasadą: starszych się szanuje, dzieci się wychowuje, z młodymi się rozmawia.  Potem działał w Puri na Zatoką Bengalską, mieście będącym jednym z najważniejszych ośrodków hinduizmu ze słynną  świątynią boga Wisznu - Jagannatha, czyli Pana Świata. Codziennie świątynia odwiedzana jest przez rzesze pielgrzymów z różnych zakątków Indii. W tym mieście na jego przedmieściach o. Żelazek zorganizował kolonię trędowatych, która stanowi dzieło jego życia. O. Marian nie mógł się pogodzić z losem trędowatych, należących do kasty nietykalnych, których odrzuca tamtejsze społeczeństwo. Dlatego postanowił im pomóc. Założył Wioskę Zmartwychwstania liczącą ponad 300 domów stworzonych dla chorych na trąd. Założył szpital dla ponad 600  pacjentów i klinikę dentystyczną dla swoich podopiecznych.  Pomógł także zapewnić higieniczne warunki mieszkaniowe, wyżywienie i ubrania dla rodzin trędowatych. A tym, którzy mogli pracować, zapewnił odpowiednie zatrudnienie. W Indiach istniał zakaz pracy dla trędowatych.  A przecież to także dzięki pracy chorzy odzyskują godność! Z inicjatywy o. Żelazka chorzy byli zatrudnieni w warsztatach obuwniczych, produkujących sznurki, w tkalni materiałów, szwalni,  cegielni,  fermie kurzej, sadzie. Założył on szkołę Beatrix z internatem, placem zabaw dla dzieci trędowatych. Ideą przewodnią o. Żelazka było to, aby dzieci nie przebywały przez cały czas w towarzystwie chorych i nie czuły się gorsze od rówieśników. O. Marian szukał dla tych dzieci rodziców adopcyjnych, którzy mogli pomagać finansowo w  ich wychowaniu i wykształceniu.
    O. Żelazek był i jest głęboko poważany i kochany przez swoich podopiecznych nad Zatoką Bengalską. Ceni się go zwłaszcza za to, że wyznając inną wiarę, szanował  i akceptował obce tradycje i zwyczaje. Najwyższy kapłan świątyni Jagannatha odwiedził teren misji z okazji 50-lecia święceń kapłańskich o. Żelazka, ponieważ polski werbista uważany był  tam przez lokalnych kapłanów hinduskich za bramina. O. Marian pozyskał wielu pomocników i sponsorów na całym świecie.
    Bardzo interesujące było świadectwo ojca Henryka Kałuży z  pobytu u ojca Mariana w Indiach: „O. Marian mówi: >>Będę miał imieniny, to byśmy musieli pojechać do tych dzieci moich<<. Tak nazywał trędowatych. Zajeżdżamy, pierwsza brama cała w girlandach, śpiewają, druga brama przy kurniku, który on założył, trzecia brama przy ogrodzie, który on założył, czwarta brama - dzieci. Najpiękniejsze było jak w pewnym momencie chłopczyk taki bez uszu, warg i  palców w kikutach dłoni  niósł kubek brudny jak czarna ziemia. Przyszedł z tym kubkiem do niego, a on go przytulił. Myślę sobie, jak teraz do mnie przyjdzie-koniec.  A on za chwilę przyleciał i niesie ten brudny kubek do mnie. I się uśmiecha. Ojciec Marian oczywiście mnie wyczuwa. Kopnął i mówi po polsku: >> Pij Heniu, popatrz ja już 50 lat to piję i żyję<<. I mnie szturcha i nie miałem wyjścia. Wypiłem i wtedy zrozumiałem coś. Radość tego chłopaka. Ja mu nic nie dałem. Ale biały człowiek, jeszcze kapłan przyjął coś od niego. Od niego nikt nigdy nie przyjmował niczego. W opiece nad trędowatymi pomagały o. Marianowi siostry z Włoch, ale nie było lekarza specjalisty od trądu. Ojciec Marina widział,  że ktoś tam chodził po jego osadzie. Po pięciu latach przyszedł i  mówi do o. Mariana: >> Słyszałem, że szukasz lekarza<<. >>Oj tak, on by się tu przydał<<. >>To proszę bardzo. Jestem lekarzem<<. >>A skąd się pan wziął?<< >>Ojca obserwowałem, co tu ojciec robi. Czy ojciec nawraca, czy to prozelityzm. Widzę, że ojciec jest dobrym człowiekiem, że ojcu człowiek leży na sercu. Ja jestem braminem<<. To był minister zdrowia ze stanu Orisa dr Mahapatra. Skończył swój urząd i przyszedł do o. Mariana i zaczął mu służyć. Był kapłanem w świątyni w Puri boga Wisznu, gdzie było  10 tys. kapłanów. O. Marian, jak tam przyszedł to go chcieli wyrzucić, grozili mu. Wspólnota katolicka była bardzo mała, liczyła zaledwie 200 osób. On przyszedł,  zaczął najpierw od  tych trędowatych i wszedł na drogę dialogu. I wybudował dom dialogu, gdzie odbywały się takie spotkania jak tu. I tyle zawsze mniej więcej było ludzi jak tutaj. Pisał ciągle do swojej koleżanki - do królowej Beatrix z Holandii, a ona posyłała mu co chciał. Wybudowali pierwszą w Indiach szkołę do której chodziły dzieci ludzi chorych i zdrowych. Przekraczał powoli, bardzo powoli, małymi kroczkami pewne kanony, które były nie do przekroczenia. Gdy spotkałem się z  dr Mahapatrą to rozmawialiśmy o świętych księgach, interesowałem się hinduizmem, a on mówi: >> A wasza Biblia też jest ładna<< i wyobraźcie sobie zaczął recytować z pamięci całą Ewangelię Mateusza. On  to recytował tak, że się czuło, że on się tym modli. Ojciec Marian mówi pewnego dnia do mnie: >> Choć pójdziemy Heniu. Pójdziemy do świątyni boga Wisznu Jagannatha<<. >>Co ojciec będzie tam robił?<< >> Jak to, to ty nie wiesz co się robi w świątyni, ty ksiądz?<<. Idziemy, na wielkim placu pełno młodzieży,  praży słońce niemiłosiernie. Patrzę na jednego,  on tak pół godziny bez ruchu stoi przed tą wielką wieżą, stoi  i medytuje. Patrzę na ojca Mariana, a on też. No to  ja do niego: >>Co ojciec  robi?<<. >>No módl się, módl się chłopie>>. >>A co się modlić?<<. >>No to nie wiesz jak się modlić? Mama cie nie uczyła np. Ojcze nasz<<. Zrozumiałem, że w tym wielkim środowisku, zupełnie innej religii, można swoją modlitwą uobecnić to samo czego ludzie szukają. On to  robił co pewien czas. Potem podszedł do tego młodzieńca i w języku orija tam z nim porozmawiał. Na drugi dzień patrzę, jest  niedziela,  a ten Hindus tam stoi u nas w kościele. Ja mówię: >>Ojcze ten młody przyszedł<<. >>No tak, nie pierwszy raz, już parę razy był<<. Jak było wielkie święto boga Jagannath, to było 1,5 mln pielgrzymów,  wtedy o. Marian otwierał kościół i wszędzie nocowali pielgrzymi na placu, w  kościele. Ale najwyższy kapłan bardzo go nie lubił. Parę razy dał mu do zrozumienia, gdzie jest jego miejsce. Ale ojciec Marian, jak to ojciec Marian, to tam coś, to pozdrowił go przez Mahapatrę. A przez to Mahapatra był na czarnej liście  u tamtych kapłanów. Że on się miesza, zarzucali mu: >>Ty jesteś chrześcijaninem<<. A on: >>Tak, a co szkodzi?<< Bardzo żył przykazaniem miłości bliźniego, miłości Boga też. W każdym razie przyjechała do o. Mariana  p. dr Wanda  Błeńska. Ona w Ugandzie prowadziła przez ileś  tam lat szpital dla trędowatych. Przyjechała p. Błeńska, on ją specjalnie zaprosił, żeby zorganizować dobrze i fachowo opiekę nad trędowatymi. Najwyższy kapłan wiedział wszystko. Nawet nie wszyscy kapłani z tych 10 tysięcy wiedzieli, który jest tym najwyższym. Nocą przyszła delegacja do o. Mariana  i mówią tak: >>Przysyła nas najwyższy kapłan, myśmy słyszeli, że tutaj jest lekarka z Polski. No bo jest taki problem<<. Nie wiedzieli jak to powiedzieć, w kółko jak to Hindusi, w kółko, na końcu dopiero powiedzieli, że żona najwyższego nie może zajść w ciążę. I to jest bardzo poważny problem. Nie będzie sukcesji, a cały ten ród kapłański przechodzi z pokolenia na pokolenie. No to o. Marian: >>Tak, tak proszę przyprowadzić, niech przyjdzie<<. Jej też nikt nie może widzieć specjalnie, poza tym tylko kobieta może ją badać. I pogadał z p. Błeńską, która jeszcze żyje, ma przeszło 100 lat. Cudowny, święty człowiek. I rzeczywiście p. Błeńska, która się na wszystkim znała, porozmawiała z  nią, przyszła nocą, znowu nocą, pod osłoną. Mówi: >>Ojcze Marianie, trzeba załatwić takie lekarstwa<<. Do królowej Beatrix listy szły, lekarstwa przyszły, chyba dziewięć miesięcy gdzieś tam czekali. Jest. I co się urodziło? Chłopak się urodził. Od tego czasu najwyższy i o. Marian to tacy bracia. Tacy bracia. Oczywiście, przy tym leczeniu to jeszcze cały czas była modlitwa. Tym bardziej, że o. Marian nie narzucał niczego. Po prostu był świadkiem. Nauczyłem się jednej takiej rzeczy, że wcale nie wielkie sprawy, takie błyszczące, takie gwiezdne tak naprawdę robią najwięcej w świecie. Wcale nie. A małe, ukryte, niewidzialne. Proste dobro. To właściwie  robi najwięcej. Właściwie takie tam jest to chrześcijaństwo. I o. Marian mówił, że nie pamięta, żeby kogoś tam ochrzcił, poza dziećmi katolików, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, żeby pokazać Jezusa żywego. Takim jakim On jest. Bez większych komentarzy. A Hindusi jako, że z natury swej są  bardzo medytacyjni i refleksyjni,  zawsze gotowi jakoś tak na przejście z jednego poziomu świadomości w drugi, mają jakiś taki szczególny dar. Oni to czuli. Oni to rozumieli. Specjalnie to moje wystąpienie starałem się uczynić takimi obrazami pewnymi, które pokazują, że chrześcijanin nie musi się ani bać, ani wstydzić. Pięć lat obozu, tyle lat przy trędowatych. Pod koniec życia o. Marian  mieszkał w pustelni, a obok niego zrobił sobie pustelnię Muni Baba- filozof hinduski po uniwersytecie. On powiedział na pogrzebie o. Mariana, że stoimy  przy człowieku świętym. On chciałby, żeby ta reinkarnacja była taka, żeby on się stał o. Marianem. On chciałby być taki jak o. Marian. Może to na tym polega. Autentyczne dobro pociąga, nie musi być wymalowane, może czasem po błocie chodzić, a jednocześnie ma w sobie niesamowitą moc. Autentyczne dobro nie jest dyplomatyczne, nie bawi się w różne tam takie czy inne podejścia. Autentyczne dobro jest prostolinijne.  Można powiedzieć przegrywa? Nie.  Jestem pewny. W takich bardzo trudnych okolicznościach jeden człowiek te wartości, które on przyniósł zaczynają przepływać W Europie coraz bardziej musimy być przygotowani i otwarci na krzyżowanie się kultur. Co im zaproponujemy? Etykietkę chrześcijaństwa czy autentyzm,  taką trochę chrześcijańską dyplomację,  tak żeby wyjść na cało? Czy prawdę? Taką szczerą prawdę. Co im zaproponujemy? Sami tu przyjdą. Bo ich jest za dużo.  Hindusów jest dzisiaj miliard 300 milionów, a nasze domy będą puste... Autentyczny człowiek, gdziekolwiek się znajduje, coś przekaże. Hindusi go uważają za świętego i się dziwią, że my jeszcze tego nie robimy. Mówią: >>Ale to wszystko jedno, czy go tam ogłosicie świętym, czy nie, dla nas to jest święty ojciec  Marian<<. Oni wiedzą co to jest świętość. Inną drogą idą do niej. Ale wiedzą.” 
    Podczas sympozjum „Człowiek dla wszystkich” w Ishopanthi Ashram w Puri - centrum duchowości założonym przez o. Mariana Żelazka - wypowiedział  się  o nim osobisty sekretarz o. Mariana Lalita Rao. Powiedział m.in.: „Nie tylko trudne, wręcz niemożliwe jest przedstawienie osoby o. Mariana Żelazka w kilku słowach. Trzeba uczciwie przyznać, że w ogóle nie da się opisać o. Mariana słowami. Jestem przekonany, że był wielką osobowością i dlatego w krótkim opisie trudno jest zamieścić osobiste uczucia i doświadczenia dotyczące tego, kim był o. Marian. Mimo to powiedziałbym o nim krótko: Człowiek dla wszystkich. Jestem dumny i miałem to szczęście, że przez 27 lat pozostawałem w bliskim kontakcie z człowiekiem świętym. O. Marian rzeczywiście był człowiekiem dla wszystkich, co dało się zauważyć wiele razy. Zawsze proponował proste rozwiązania. Jedną z tych sytuacji pamiętam z niedzielnej mszy św. odprawianej przez o. Mariana w kościele w Puri. Wśród uczestniczących znajdował się starszy człowiek z długą brodą, ubrany w białe szaty. Kiedy nadszedł czas Komunii św., zarezerwowanej tylko dla katolików przygotowanych do niej od dzieciństwa, i kiedy wszyscy ustawili się w kolejce do jej przyjęcia, człowiek ten też dołączył do kolejki. Zauważyłem, jak wszyscy spoglądali na niego, dając jasno do zrozumienia, że to nie jego miejsce, ponieważ nie jest katolikiem. Każdy oczekiwał, że o. Marian wyjaśni mu grzecznie, podobnie jak by to zrobił każdy inny ksiądz, że nie może udzielić Komunii. Jednak, ku zaskoczeniu zgromadzonych, o. Marian podał mu Ciało Chrystusa, a on przyjął je z wielką pobożnością i wdzięcznością. Po Mszy św. o. Marian wyszedł z kościoła, aby spotkać się z ludźmi. Wówczas starszy człowiek podszedł do o. Mariana i upadł przed nim na twarz. Wszyscy byli zaskoczeni, włącznie z o. Marianem. Kiedy starszy mężczyzna wstał, przedstawił się: >>Ojcze. Jestem nauczycielem uniwersytetu Shanti Niketan (uniwersytet założony przez Rabindranatha Tagore). Przybyłem do Puri na pielgrzymkę do świątyni Jagannath, ale jestem także czcicielem Pana Jezusa, dlatego przyszedłem na Mszę św. Podczas Eucharystii, słuchając twojej homilii, zostałem tak poruszony przez Jezusa, że podszedłem do ciebie, aby Go przyjąć w Komunii św. Idąc, zastanawiałem się, czy mi jej udzielisz, wiedziałem bowiem, że tylko katolicy mogą ją przyjmować, a ja nim nie jestem. I stał się cud nad cudami, ojcze - dałeś mi Jezusa. Czuję, że dzisiaj moja pielgrzymka do Puri dopełniła się. Dziękuję ci, ojcze, że dałeś mi Jezusa.<< To powiedział i odszedł. Z ciekawości zapytałem o. Mariana, jak to możliwe, że udzielił Komunii św. komuś, kto nie jest katolikiem. Wiedziałem, że to jest wbrew prawu kościelnemu, a o. Marian zobowiązany był je przestrzegać. O. Marian odpowiedział mi, jak zwykle z uśmiechem na twarzy: >> Tak, dałem mu Jezusa i jestem pewien, że gdyby Jezus był tam obecny jako Człowiek, też by mu nie odmówił. Nie pamiętasz, jak oburzano się na kobietę-prostytutkę, która przyszła do Jezusa z olejkiem, aby namaścić Jego stopy? Lecz Jezus odpowiedział: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.<< Co za przykład doskonałego reprezentanta Jezusa! O. Marian zawsze mi mówił, że najważniejsze jest bycie dobrym człowiekiem, a potem dobrym chrześcijaninem, hinduistą, muzułmaninem albo wyznawcą jakiejkolwiek religii. Powtarzał, że jeśli ktoś nie potrafi okazywać szacunku innym religiom, nigdy nie będzie miał szacunku do własnej. Często zasłaniamy się różnego rodzaju religijnymi rytuałami i ideami i zapominamy, że Bóg istnieje poza wszelkimi ograniczeniami i że jest Bogiem nas wszystkich. Podsumowując mogę tylko powiedzieć w kilku prostych słowach, że nikt z nas Boga nie widział, ale jeśli ktoś poprosiłby mnie, aby Go opisać, powiedziałbym bez zastanowienia, że Bóg musi być podobny do o. Mariana”.
    Jak wspomniał prelegent na spotkanie przybyło wielu oleśnian i zaproszonych gości: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki, proboszcz oleskiej parafii ks. Walter Lenart, ks. prałat Zbigniew Donarski, siostra misjonarka Dolores-Dorota Zok, radna miejska Maria Kaniuka, były przewodniczący TSKN Bernard Smolarek, dyrektor MDK Ernest Hober, naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Bogusława Szychowska, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Andrzej Kochański, prezes Spółdzielni Odrodzenie Artur Maniura.
    W tym jakże pięknym świadectwie ukazano na tym spotkaniu całą prawdę o ojcu  Marianie - więźniu Dachau, misjonarzu trędowatych, świadku potrzeby służby bliźniemu, służby, która nie baczy na to, kim jest ten bliźni,  w co wierzy, skąd pochodzi, co posiada, jakie ma poglądy. Dlatego o. Żelazek porównywany jest do Matki Teresy z Kalkuty. 
Ewa Cichoń




Wystawa o Indiach w oleskim muzeum


    Oleskie Muzeum Regionalne gości wystawę ze zbiorów  Muzeum Misyjno-Etnograficznego Księży Werbistów w Pieniężnie ”INDIE - ODCIENIE KOLORóW na zdjęciach Bartka Wileńskiego".  Wielkie podziękowania dla pochodzącego z Olesna o. Waldemara Kusa - sekretarza ds. misji w zakonie werbistów i o. Wiesława Dudara - dyrektora Referatu Misyjnego Księży Werbistów w Pieniężnie, którzy   umożliwili zorganizowanie wystawy w naszej placówce.  Autor zdjęć, absolwent Akademii Fotografii, Bartosz Wileński jest mieszkańcem Warszawy, pochodzącym z Braniewa. Spędził w Indiach dwa tygodnie z misjonarzami werbistami. Odwiedził m.in. Puri, Kalkutę, Bhubaneswar. Autor wystawy tak wypowiada się o swoim dziele: „Razem z mamą zostałem zaproszony do uczestnictwa w tym wyjeździe, a konkretnie w sympozjum poświęconym o. Marianowi Żelazkowi. Dla mnie celem wypraw są przede wszystkim zdjęcia i poznanie oraz zobaczenie czegoś nowego. W Indiach po raz pierwszy zrozumiałem, co to znaczy inna kultura. Fotograficznie najbardziej fascynujące było dla mnie światło, które maluje ten specyficzny kraj, natomiast życiowo - poznawanie nowych miejsc i ludzi. Myśląc dziś o Indiach, pierwsze określenie, jakie mi się nasuwa, to „inny świat”. Ta inność  to świat, w którym wszystkie odcienie kolorów mieszają się ze sobą i kąpią w gorącym słońcu. Na tle tak wyraźnych barw łatwiej też dostrzec kontrasty między ludźmi, co widoczne jest na zdjęciach. Chcę pokazać, że to właśnie ludzie są najważniejsi w Indiach. Abstrahując od kastowości oraz podejścia do kobiet, nie mnie oceniać tamtejszy system, zauważyłem, że nigdzie na świecie nie spotkałem się z taką życzliwością ludzką jak tam. Przyglądając się temu wszystkiemu i przeżywając na swój sposób daną mi przygodę, pierwszy raz w życiu zrozumiałem, co oznacza zwrot „inna kultura”.  Wśród wielu zdjęć Puri, Kalkuty, dzieci, kolonii trędowatych, szkoły Beatrix,  bardzo interesujący jest projekt „Siostry”, który ukazuje stojącą bosą zakonnicę odwróconą tyłem. „Siostry mają dla mnie wydźwięk ikony i poświęcenia, o którym tak mało się mówi” -  podsumowuje autor.
    Fotografie Bartka Wileńskiego ukazują ten inny świat - Indie - tygiel ras, kultur i religii, kraj ogromnych kontrastów społecznych i kulturowych. Kraj, który ma różne oblicza. Jego mieszkańców różni religia, język, kolor skóry, poziom wykształcenia, strój, zwyczaje, status społeczny i ekonomiczny, stan posiadania, dieta, zawód i wiele innych aspektów, których bogactwo stanowi o wyjątkowości tego kraju. Wśród najbardziej prostych skojarzeń z Indiami często pojawiają się: Tadź Mahal, bieda, święte krowy, kolorowe sari i biżuteria, niezwykle płodny przemysł filmowy, żebracy, Ganges, slumsy, kasty, palenie wdów na stosie pogrzebowym (sati) oraz aranżowanie małżeństw. Mozaikę religii tworzą wyznawcy hinduizmu, buddyzmu, islamu i  sikhizmu. 

Hinduizm - to określenie grupy wierzeń religijnych wyznawanych głównie na Półwyspie Indyjskim. Istnieje bardzo wiele odłamów hinduistycznych, różniących się zarówno wierzeniami na temat Boga, jak i praktykami. Ich wyznawców łączy przede wszystkim: szacunek do świętych ksiąg, tzw. Wed, wiara w reinkarnację, sansarę, karmę, dążenie do wyzwolenia. Reinkarnacja rozumiana jest jako  przechodzenie duszy  przez coraz wyższe postacie – od przedmiotu, przez postać rośliny, zwierzęcia, człowieka (i jeszcze parę wyższych) po zjednoczenie i stopienie się raz na zawsze z Brahmanem (Bogiem, Absolutem).  W skrajnych przypadkach (za karę za popełnienie poważnych zbrodni) dusza może przybrać postać niższą. Sansara to wędrówka dusz.  W hinduizmie wyznaje się wiarę w bóstwa męskie - dewy,  np. Brahmę, Wisznu, Śiwę i bóstwa żeńskie - dewi, np.  Saraswati, które traktuje się jako emanacje jedynego Boga lub jako istoty astralne niższe od Boga, podobnie jak anioły w chrześcijaństwie lub islamie. Zgodnie z większością mistycznych systemów hinduistycznych w ciele człowieka znajduje się siedem głównych ośrodków energii zwanych czakramami. Każdy z nich odpowiedzialny jest za określone umiejętności i cechy. Spotykany wśród hinduistów jest także pogląd, że duszę człowieka otaczają trzy ciała, powłoki – ciało fizyczne, ciało astralne i ciało przyczynowe.
Buddyzm - nonteistyczny  system filozoficzny i religijny, którego założycielem i twórcą podstawowych założeń był książę Siddhartha Gautama (560-480 p.n.e.). Jest zaliczany do religii dharmicznych (wierzących w reinkarnację oraz karmę) i nieteistycznych (nie afirmujących  ani nie negujących istnienia boga).  Buddyzm jest ścieżką praktyki i rozwoju duchowego umożliwiającą wgląd w istotę życia prowadzącą do Oświecenia.  Dzięki medytacji człowiek wciela w życie nauki Buddy, bierze odpowiedzialność za własne życie, zmienia się na lepsze, rozwijając w sobie świadomość, współczucie oraz mądrość. Istnieją różne formy buddyzmu, lecz wszystkie tradycje łączy nieuciekanie się do przemocy, wolność od dogmatów, tolerancja oraz - w większości przypadków – medytacja.
Dżinizm jest nonteistycznym (doktryna religijna, która nie afirmuje ani też nie neguje istnienia boga) systemem filozoficznym i religijnym, który powstał w Indiach w VI w. p.n.e. w reakcji na silnie zrytualizowany braminizm. Wyznawcy dżinizmu (ok.4,5 milionów) wierzą, że świat nigdy nie powstał ani nigdy się nie skończy. Przechodzi on przez cykle wznoszące lub opadające, składające się z 4 wieków. Wyznawcy dżinizmu okazują wielki  szacunek dla wszystkich istot żywych. Wierzą w możliwość wyrwania się z kręgu samsary – kołowrotu wcieleń i osiągnięcia stanu wyzwolenia – Mokszy.
Sikhizm to religia powstała w XV w. w Indiach w prowincji Pendżab założona przez Guru Nanaka.  Jest kompilacją islamu i hinduizmu. Nieposiadający żadnego wizerunku Bóg posiada „miliony imion”. Boga można nazywać Allachem, Jahwe, Kryszną itp.  Z hinduizmu pochodzą praktyki medytacyjne, wiara w reinkarnację i wiele zewnętrznych przejawów kultu. Sikhizm jest religią wymagającą od swoich wyznawców (24 miliony) szczegółowego przestrzegania zasad moralności, diety i sposobu ubierania się.
Islam – religia monoteistyczna, druga na świecie  pod względem ilości wyznawców po chrześcijaństwie. Słowo islam w j. arabskim oznacza poddanie się woli Bożej. Religia ta ma wspólne korzenie z judaizmem i chrześcijaństwem. Jej twórcą był prorok Mahomet, który głosił, że objawienie przekazane żydom i chrześcijanom przez Abrahama, Mojżesza i Jezusa powinno zostać ponowione i uzupełnione. Muzułmanie wierzą, że wersety świętej księgi Koranu zostały objawione Mahometowi przez Archanioła Gabriela w 610 r. n.e w jaskini Hira. Przeciwnicy zmusili go jednak do ucieczki z Mekki do Medyny. Data tej ucieczki, zwanej hidżrą, przypadająca na 622 r., przyjęta została za pierwszy rok ery muzułmańskiej.  Podstawę islamu tworzy pięć zasad i obowiązków muzułmanina: wyznanie wiary w jedynego Boga (szahada), pięciokrotna modlitwa w ciągu doby, post w miesiącu ramadan, jałmużna na rzecz ubogich i pielgrzymka do Mekki, przynajmniej raz w życiu. Ortodoksyjny islam dzieli się na 3 odłamy: sunnicki, szyicki i charydżycki.
Chrześcijaństwo w Indiach jest religią napływową, chociaż działalność apostoła Tomasza w latach 57-72 wskazuje na istnienie jej wyznawców w starożytności. Chrześcijanie św. Tomasza mają być według badaczy potomkami imigrantów perskich i syryjskich osiedlających się stopniowo na Wybrzeżu Malabarskim. Procentowo dużo wyznawców Chrystusa spotkać można w Goa, gdzie mieszkają potomkowie Portugalczyków i gdzie w XVI w. swoją działalność misyjną rozwijał św. Franciszek Ksawery. Wszyscy wyznawcy Chrystusa w Indiach stanowią ok. 26 milionów, co stanowi zaledwie 2,3% ludności tego ponad miliardowego państwa. Misjonarze katoliccy nie są mile widziani na subkontynencie. Chrześcijanie padają ofiarą prześladowań ze strony hinduistycznych fundamentalistów.  Prześladowania przybierają różnorodne formy, takie jak: dyskryminacja w pracy, pobicia, podpalanie świątyń i szkół chrześcijańskich, zmuszanie do przejścia na hinduizm. Niestety, dochodzi również do często bezkarnych mordów dokonywanych na chrześcijanach. Nie można zatem oficjalnie podjąć pracy misyjnej, lecz trzeba się ukrywać z tym, co się robi. Oczywiście są terytoria Indii, gdzie nie ma nawet najmniejszych szans na podjęcie choćby najdrobniejszej formy pracy misyjnej - tak jest choćby w Mumbai czy na północy kraju. Wiązałoby się to z przykrymi konsekwencjami, a nawet ze skazaniem siebie na śmierć. Na południu jest łatwiej - można bowiem podjąć cichą pracę formacyjną bądź posługiwać tym najbardziej potrzebującym - zwłaszcza chorym i ubogim, żyjącym w slumsach. Takim misjonarzem przez ponad pól wieku był polski werbista czczony jako święty mąż przez niechrześcijańskich mieszkańców Indii ojciec Marian Żelazek. Ten nauczyciel miłosierdzia urodzony   30.01.1918 r. w Palędziu koło Poznania  zapisał się w dziejach Kościoła i Indii jako ojciec trędowatych. Za swoją ofiarną posługę został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Wychowany w wielodzietnej, liczącej 16 dzieci rodzinie był synem młynarza i gospodarza Marcina Żelazka (pierwotnie Zielazka) - delegata na Polski Sejm Dzielnicowy w Poznaniu i uczestnika powstania wielkopolskiego. Marian Żelazek kształcił się w Gimnazjum Misyjnym w Górnej Grupie koło Grudziądza. Odbył nowicjat w seminarium duchownym Księży Werbistów w Chludowie koło Poznania. W 1939 r. złożył pierwszą profesję zakonną. W 1940 r. został aresztowany przez Niemców i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów w kwietniu 1945 wyjechał  do Rzymu na studia teologiczne do Instytutu Anselmianum. Po przyjęciu w Wiecznym Mieście święceń kapłańskich w 1948 r. dwa lata później wysłano go do północnych Indii do Kesramal/Sambalpur, gdzie pracował wśród żyjących w dżungli koczowniczych Adivasów. Zorganizował placówkę misyjną w Bondamunda. Od 1975 r. pracował wśród trędowatych w leprozorium w Puri - słynnym sanktuarium hinduizmu nad Zatoką Bengalską. Tam założył Puna-ruthanpali, czyli Wioskę Zmartwychwstania z ponad 300 domami  dla osób chorych na trąd, które z powodu choroby zostały  wyrzucone  ze społeczeństwa. W 1983 r. założył szkołę,  dom opieki dla dzieci, których rodzice chorują na trąd, szpital dla trędowatych. Wcześniej nikt z miasta nie chciał posyłać dzieci  do tamtejszej szkoły.  Obecnie 80 proc. uczniów pochodzi ze zdrowych rodzin.  O. Żelazek okazał  się także  świetnym menedżerem. Przekonał Hindusów, że trędowatych nie trzeba się bać. Wcześniej nikt nie chciał kupować od nich kur, które hodowali, żeby zarobić na utrzymanie. Ojciec zmienił to myślenie . "Hindusi są przekonani o świętości o. Mariana. Uważają wręcz, że nie był on zwykłym człowiekiem, ale specjalnym wcieleniem Boga. Wszystkie rocznice jego śmierci przyciągają rzesze ludzi, włącznie z lokalnymi władzami oraz przedstawicielami innych religii. Wszyscy byli nim zauroczeni” - mówi o. Waldemar Kus. „Odnajdował się w każdym towarzystwie, był  to przede wszystkim bardzo spokojny i ciepły człowiek” - dodaje. Za zasługi w niesieniu pomocy charytatywnej i medycznej trędowatym był wielokrotnie nagradzany, m.in. Akademia Medyczna w Poznaniu przyznała mu w 2000 r. Medal im. Karola Marcinkowskiego, w 2002 r. otrzymał  statuetkę „Złotego Hipolita” – nagrodę Towarzystwa im. Hipolita Cegielskiego w Poznaniu, w 2005 r. stowarzyszenie Willa Decjusza przyznało mu nagrodę im. Sergio Veira de Melloo,  w 2003 r. został odznaczony Medalem Polonia Mater Nostra Est.  W 2002 r. został zgłoszony  przez Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata MAITRI do Nagrody Nobla.  Zmarł 30.04.2006 r. w Puri w Indiach. W Indiach jest czczony jako święty. Hindusi modlą się do niego i chcą jego beatyfikacji. 
Na wystawie prezentowany jest pokaz multimedialny o Indiach i misjach ojca M. Żelazka. Ekspozycję  „Indie odcienie kolorów” można obejrzeć w miejscowym muzeum do 28 marca br. ZAPRASZAMY.
Ewa Cichoń


Zdjęcia na muzealnym facebooku






Piernikowa wystawa

  W dniu 19 grudnia w Oleskim Muzeum Regionalnym otwarto wystawę „ Z piernika wyczarowane-chatki, choinki, stajenki – wystawa prac pokonkursowych” - konkursu od czterech lat organizowanego przez  Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Niemców -  Koło Borki Wielkie i Publiczną Szkołę Podstawową w Borkach Wielkich. Konkurs  w kategorii „Piernikowa chatka” i „Pierniki świąteczne”  adresowany jest do  dzieci przedszkolnych, szkolnych i dorosłych.  Pierniki muszą być wykonane wyłącznie z ciasta piernikowego, ozdabiane wg własnej inwencji w nawiązaniu do tradycji świąt Bożego Narodzenia. Chatki, choinki, stajenki, bałwanki, aniołki, dzwonki i przeróżnych kształtów piernikowe cudeńka oczarowały zwiedzających, przypominając im najmilsze w roku święta.
  W okresie świat Bożego Narodzenia rozlewa się po całym domu woń aromatycznych pieczonych pierników. Trudno pomylić ten zapach. Jest jednocześnie słodki jak miód i ostry jak imbir. Miękki jak rozgrzane masło i zaczepny jak świeżo zmielony pieprz. Kojarzy się z dzieciństwem, bezpieczeństwem, ciepłem rodzinnego domu.  To zapach piernika. Antidotum na chłodne i szare zimowe dni. Twarde, ciemnobrązowe serduszka, gwiazdeczki,  kwadraty i innych kształtów korzenne smakołyki robi się z mieszaniny mąki pszennej i żytniej, mleka, jajek, karmelizowanego cukru, miodu. Dodaje się konieczne liczne przyprawy: cynamon, imbir, goździki, kardamon, gałkę muszkatołowa, anyż. Po wymieszaniu ciasta zostawia się je w chłodnym miejscu, aby sfermentowało. W produkcji przemysłowej leżakowanie ciasta może trwać nawet kilka tygodni.  Dawniej ciasto przechowywano nawet kilkanaście lat. Bywało, że gdy królowi rodziła się córka, zarabiano ciasto, a pierniki z niego pieczono na jej wesele. Piernikarze zarabiali także ciasto dla własnych córek po ich narodzinach z przeznaczeniem na posag. Było ono najbardziej cenione, a zatem najdroższe i pojawiało się tylko na stole najbogatszych obok równie starego miodu pitnego.  A obecnie  ciasto na domowe pierniki wigilijne zaleca się zarabiać miesiąc wcześniej, zwyczajowo po andrzejkach. Polewa się je z wierzchu lukrem, czekoladą, nakłada bakalie, a duże arkusze piernika  w środku przekłada marmoladą, masą orzechową lub marcepanem. I tak powstaje piernik, którego nazwa wywodzi się od staropolskiego słowa „pierny”, czyli pieprzny.  Zalicza się go do najstarszych ciast wyrabianych już w XII w. w Bazylei i Norymberdze. Były to wtedy tzw. miodowniki wielkie -  wielkie bochny chleba robione na miodzie.  Piernik jako  wypiek luksusowy był  tradycyjnym ciastem  bogatych  miast hanzeatyckich, które  specjalizowały się w handlu dalekomorskim, który  zapewniał im ciągłe dostawy potrzebnych składników-importowanych z Azji -  przypraw korzennych i bakalii. Potem przejeżdżający kupcy rozwozili wypieki po całej Europie.  A jako towar eksportowy, wysyłany w odległe miejsca, piernik został tak pomyślany, aby przetrwać długie podróże lądowe. Swoją trwałość zawdzięcza z jednej strony dużemu udziałowi przypraw korzennych, a z drugiej swojej twardości i suchości. W zimnym i suchym miejscu daje się przechowywać nawet przez kilka miesięcy.  Tradycja wypieku pierników przetrwała w miastach Hanzy: Bremie, Monachium, Norymberdze, Amsterdamie, Liege, Ostendzie, Kłajpedzie, Gdańsku i Toruniu. Najsłynniejsze polskie pierniki wypiekano w Toruniu.  Już w XVII w. produkowano tam słynne katarzynki, jakościowo porównywalne ze znanymi w całej Europie piernikami norymberskimi. Norymberga i Toruń to znane do dziś dwa ośrodki  piernikarstwa z długoletnimi tradycjami w Europie.   Piernikarze z obu tych miast mieli zgodę na sprzedaż swoich wyrobów w całej Europie, a próby fałszerstw i podszywania się pod markę były ścigane sądownie. W Szczecinie pieczono Stettiner Peperkoken, w Czechach miastem piernika są Pardubice, nieopodal których  znajduje się Muzeum Chatki z Piernika w Rábach. Miastem piernika jest Akwizgran (Aachen), w którym odbywa się słynny piernikowy Jarmark Bożonarodzeniowy, na który przybywa co roku do półtora miliona gości.  Pierniki akwizgrańskie to flamandzkie printy. Słowo to oznacza drukowanie, wyciskanie. Kiedyś piernikowe ciasto wyrabiano tam  raz do roku, a zatrudniano do tego bezrobotnych zimą murarzy. Następnie zamykano je na cały rok w piwnicach i kończono robotę przed kolejnymi świętami, wyciskając przeróżne kształty formami z mosiądzu lub miedzi. Piekarze sami wytwarzali formy i konkurowali z sobą o najbardziej oryginalny wzór.
  Teraz printy produkuje się przez cały rok. Najbardziej znanym i największym producentem pierników w Akwizgranie jest firma Lambertz, wywodząca się od małego zakładu Henry’ego Lambertza, którego historia sięga XVII wieku. W Akwizgranie znajduje się Muzeum Pierników, podobnie jak w Toruniu.
  W Polsce piernik przyjął się w połowie XVIII w. stając się, podobnie jak w innych krajach, symbolem dobrobytu i wysokiego statusu społecznego. Mógł  stanowić posag panny na wydaniu (w skład wiana panny młodej dawniej wchodziła faska ciasta piernikowego) i ekwipunek żołnierza. Toczono o niego międzynarodowe spory.   Piernik pojawiał się na stole królewskim, stołach pańskich i bogatych patrycjuszy w miastach. Podawano go jako deser po obiedzie, przysmak przy winie lub zakąskę przy wódce. W XVIII w. popularne było powiedzenie „Kto nie pija gorzałki i od niej umyka, ten słodkiego nie godzien kosztować piernika”. Pokruszone pierniki wchodziły w skład staropolskiego sosu szarego. Piernik jest podstawowym składnikiem śląskiej potrawy wigilijnej moczki.  Popularność piernika tłumaczyć można także m.in. walorami zdrowotnymi. Szwedzko-norwesko-duńskiemu królowi Hansowi ( 1497-1501) lekarz ordynował pierniczki.  Przez długi czas były one sprzedawane w przyklasztornych aptekach. Przepisy były pilnie strzeżoną tajemnicą. Pierniki były towarem luksusowym, nic więc dziwnego, że bogacący się dzięki nim rzemieślnicy nie mieli ochoty zdradzać swoich sekretów. Toruńscy mistrzowie piernikarstwa strzegli tajemnicy receptur nie tylko przed konkurencją z Torunia, ale także przed rzemieślnikami z Norymbergi czy Królewca, gdzie próbowano naśladować smak toruńskich wyrobów. Zostanie piernikarzem nie było łatwe. Nauka rzemiosła trwała co najmniej dwa lata, potem, poza praktyką u piernikowych mistrzów, czeladnik musiał odbyć dwuletnią podróż, w trakcie której zbierał doświadczenia zawodowe. Dzięki tym podróżom między państwami i miastami wędrowały piernikowe wzory. Początkowo pierniki wygniatano do form rzeźbionych w drewnie, nadając im kształty dam, dworzan, huzarów, koni i serc z motywami roślinnymi. Formy drewniane wyszły z użycia jako zbyt pracochłonne. Zastąpiły je metalowe wykrojniki. Niepowtarzalność i piękno nadają piernikom kolorowe lukrowe ornamenty. Piernik taki był popularną pamiątką z jarmarku czy z miasta. Większa dostępność cukru i środków spulchniających uprościła proces produkcyjny, zmniejszyła cenę, a co za tym idzie, upowszechniła pierniki.
  Na wystawę przybyli: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki z małżonką, Sekretarz Gminy Bożena Matusiak, Przewodnicząca TSKN -Koło Borki Wielkie Irena Szulc, Dyrektor PSP w Borkach Wielkich Anna Meryk, Sołtys Borek Wielkich Maria Kurpiel, Naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Bogusława Szychowska, Dyrektor ZS nr 2 Jerzy Jeziorowski, Dyrektor Oleskiej Biblioteki Publicznej Halina Szklanna, Inspektor Sanepidu Jolanta Bala,  miejscowe media, mieszkańcy Olesna i Borek Wielkich. Na otwarciu wystawy odbyła się licytacja wyrobów z piernika, którą prowadził Hubert Imiołczyk.  Uzyskane dochody z licytacji przeznaczono na cele charytatywne.

Ewa Cichoń



Choć stary - piernik słodki
rzekła babka do szarlotki

Kto nie pija gorzałki i od niej umyka
Ten słodkiego nie godzien kosztować piernika

Jeśli skraść jej chcesz całusa
Piernik daj- on serce skrusza

Piernik lód roztopi szybko
I dziewczynę znajdziesz gibką

Daj jej sernik-da kopniaka
Daj je piernik-da buziaka

Gdy cholewki chłopak smali
Wprzód piernikiem niech się chwali

Nie wykręcisz się gagatku
Bez piernika i zadatku

By na licu była gładka
Daj jej piernik zamiast kwiatka

Kiedy życie bardzo skrzeczy
Złe nastroje piernik leczy

Zdjęcia na muzealnym facebooku.



kartka świąteczna 1.pdf





plakat chatki.pdf




XXII Czwartkowe Spotkanie Muzealne
 
  28 listopada 2013 r. odbyło się XXII Czwartkowe Spotkanie Muzealne poświęcone dziejom magnackiej rodziny von Beess, której przedstawiciel  baron Jan von Beess pod koniec XVI stulecia został  właścicielem Olesna i okolicznych wiosek. Stanisław Szynkowski, doktorant na Uniwersytecie Opolskim,  wygłosił  prelekcję na temat: "Z dziejów śląskiej arystokracji - ród von Beess z Lewina i z Olesna". S. Szynkowski jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalizuje się w historii tego zasłużonego dla Śląska rodu. Podczas wielu konferencji i sympozjów  historycznych występował z referatami dotyczącymi tej szlacheckiej rodziny, m.in.: herbu von Beessów,  ich wkładu w rozwój protestantyzmu na Śląsku,  religijnych  rycerzy i rycerzy występujących przeciw instytucjom religijnym w aspekcie rodu von Beess z Ketzerdorff w XV i XVI w.
    XXII spotkanie muzealne zostało zorganizowane dzięki współpracy z  Kręgiem  Przyjaciół Zapomnianej Historii  działającym przy Gminnym Centrum Kultury i Informacji w Kochanowicach, reprezentowanym przez p. Marzenę Kozę. Razem z mężem Andrzejem zgłębia ona historię rodzinnych Kochcic. Mieszka tam od urodzenia, pracuje jako pielęgniarka w szpitalu rehabilitacyjnym. Od dziecka interesowała się postacią "dobrego Grofa", jak mówiło się o Ludwiku Karolu von Ballestrem z Kochcic. To, co  udało jej  się dowiedzieć na temat jego frapującej biografii i historii  pałacu w Kochcicach, nijak nie pasowało do oficjalnej historii nauczanej w szkole. I im bardziej jedynie słuszna wersja rozbiegała się z informacjami uzyskiwanymi od starszych ludzi, tym większe stawało się jej pragnienie poznania prawdy. Tak zrodziła się idea zawiązania  grupy ludzi zafascynowanych historią -  tą często zapomnianą lub mało znaną. Krąg Przyjaciół Zapomnianej Historii organizował wiele interesujących spotkań, m.in. w Izbie Tradycji Magistrali Węglowej w Herbach Nowych, w kościele parafialnym w Lubecku dotyczącym  historii i wyników prac konserwatorskich unikalnych gotyckich polichromii, w Fabryce Fajek w Zborowskiem, w Muzeum im. św. Edyty Stein w Lublińcu na temat żydowskiego fabrykanckiego rodu Fränklów  i Pinkusów z Prudnika, w szkołach Lublińca, w pałacu w Kochcicach, gdzie odbyło się spotkanie poświęcone arystokratycznemu rodowi von Aulock.
   Bohater XXII spotkania muzealnego Jan von Beess zapisał się jako ceniony i zatroskany o rozwój Olesna jego prywatny właściciel. Jan, (Johann, Hans)  von Beess z Wierzchlasu (von Wirchles) był cesarskim urzędnikiem -  podstolim cesarza Rudolfa II. W 1581 r. cesarz podarował mu dobra komory w Oleśnie, po czym do 1594 r. był właścicielem naszego miasta. W 1593 r. nabył Wojciechów, Wysoki Las w Szumiradzie i Wielkim Kadłubie. Jan von Beess w  1609 r. został podniesiony do wyższej godności szlacheckiej, mianowicie  do stopnia wolnego pana (Freiherr), co odpowiadało mniej więcej stanowisku barona. Nominacja ta spowodowała modyfikację herbu rodu von Beess, w którym początkowo umieszczony był   na czerwonym polu pień drzewa stojący ukośnie w otoczeniu srebrnych lipowych liści z dodanymi w późniejszym czasie korzeniami. Po modyfikacji dodano do herbu dwa srebrne koronowane lwy na czerwonym tle i dwa czarne orły na złotym tle. Znaki te umieszczono na przeciwległych przekątnych.
Jan  von Beess  ożenił się z Małgorzatą Żyrowską z Żyrowej, córką Daniela z Kotulina i Ewy Schafgotsch. Ceremonia zaślubin  odbyła  się w kościele pw. św. Michała Archanioła w  Oleśnie 13 stycznia 1583 r. o godz. 10:00. Ślubu udzielił ówczesny proboszcz Feliks Preyschwitz ( Prziszowsky).  Na ślubie tym miał gościć sam  cesarz Rudolf II, który jednak ze do Olesna nie przyjechał. Korespondencja z tym faktem związana znajduje się w dworskim archiwum w Wiedniu. Małżonkowie doczekali się  trzech synów. Najstarszy Daniel został jezuitą, drugi Adam mieszkał w Ołomuńcu  (zmarł w 1636 r.). Trzeci z synów Joachim sprzedał swoje posiadłości, tj. Szumirad i Chudobę rodowi Dubrowka i  przeniósł się w okolice Nysy. Żenił się dwukrotnie, ale nie doczekał się potomstwa. Nie znamy daty jego śmierci; na nim wygasł ród Beessów z Wierzchlasu, wywodzący  się bezpośrednio od Mikołaja. Przewodnictwo tej gałęzi rodu  objął młodszy brat Jana - Jerzy. Spadkobiercami Adama (drugiego syna Jana von Beessa) były córki Anna i Katarzyna. Pierwsza poślubiła 06.01.1648 r. w Warszawie starostę księstwa opolsko-raciborskiego Franciszka hrabiego von Oppersdorf, Katarzyna - tego samego dnia i roku - marszałka dworu króla Jana Kazimierza Teodora hrabiego von Denhoff. 
   Pan Olesna Jan von Beess był  bardzo  dobrze wspominany przez  mieszczan tego miasta.  Za jego władania  zakończył się okres zastawu Olesna. Obdarzył on tutejszych rzemieślników przywilejami, co przyczyniło się do ożywienia gospodarki. W tamtych  czasach utworzenie samodzielnego cechu rzemieślniczego uwarunkowane było członkowstwem co najmniej 12 mistrzów określonej profesji. W związku z napływem do Olesna rękodzielników reprezentujących  zawody słabo rozpowszechnione w naszym mieście, których status rzemieślniczy nie był wystarczająco uregulowany, utworzono w Oleśnie cech wspólny - zbiorowy. Przyczyniła się do tego łaskawość pana miasta Jana von Beessa. Cech wspólny zwany był niemieckim, ponieważ  jego członkowie wywodzili się przeważnie z terenu południowych Niemiec. Wypiekający wyśmienite pierniki i ciasta oleski piernikarz Jan Schmidt, którego ojciec osiedlił się przed 60 laty w Oleśnie, uzyskał od właściciela miasta Jana von Beessa przywilej piernikarski w dniu 15.04.1582 r. Dokument spisany w j. staroczeskim i poświadczony przez oleskich mieszczan: Jana Böhma, Michała Bryttera i Mateusza Fröschela, donosi, że piernikarz Jan Schmidt i jego spadkobiercy otrzymali prawo prowadzenia straganu piernikarskiego. Tylko on miał prawo wypiekać wszelkiego rodzaju pierniki i ciasta, w tym także tzw. grube ciasta -„hrube Kuchy”. Do Olesna nie wolno było sprowadzać innego piernikarza. W ten sposób Jan Schmidt uzyskał monopol na swoje wyroby  w naszym mieście. Każdy kramarz zamierzający sprzedawać pierniki w Oleśnie, był zobowiązany nabyć je u Jana Schmidta. Za taki przywilej oleski piernikarz musiał zapłacić właścicielowi i jego prawowitym następcom w dniu  św. Michała -29 września - podatek od użytkowania ławy piernikarskiej w wysokości 4 talarów rocznie.  Jedynie w okresie rocznych jarmarków inni piernikarze mogli wystawiać swoje towary. Od XVI w. w Oleśnie odbywały się takie  jarmarki trzy razy w roku – w  dzień Zielonych Świąt, w dniu ścięcia św. Jana Chrzciciela - 29 sierpnia oraz 11 listopada w dniu św. Marcina.
   Inny z dokumentów wydany 1.11.1584 r. przez Jana von Beessa dotyczy zatwierdzenia praw  rzemieślników posiadających swoje warsztaty w Oleśnie. Rzemieślnicy ci zwrócili się do niego taką z prośbą. Byli to wymienieni w dokumencie: Marcin Foit, Krzysztof Burmann, Maciej Merckel, Fabian Herfurt, Adam Klabicz, Henryk Rimer, Mikołaj König, Michał Filix, Błażej Parchwicz, Grzegorz Heinrich, Jan Winther, Mikołaj Harthwig i Marcin Göller. Potwierdzone przywileje dały podstawę do utworzenia w Oleśnie cechu wspólnego. „Każdy kto wykonuje zawód samowolnie i bez należytego wyuczenia, pracując partacko oraz bez przynależności do oleskiego cechu rzemiosł różnych, czyni szkodę miastu, dlatego też przeciwko takiemu nielegalnemu rzemieślnikowi należy złożyć doniesienie, jego towar lub produkty skonfiskować, zaprowadzić go do więzienia i tam wymierzyć mu karę w wysokości kopy (60) groszy, której połowę zapłacić należy właścicielowi miasta, a drugą połowę skarbnikowi cechu rzemiosł różnych. Każdy z dotychczasowych rzemieślników oraz ci, którzy w przyszłości pragną nimi zostać, powinien przekazywać obecnemu właścicielowi miasta lub jego prawowitym następcom 12 groszy z rocznego utargu, a suma ta płatna jest na święto św. Michała, czyli 29 września. Natomiast wszyscy obecni i późniejsi  członkowie cechu powinni zapłacić skarbnikowi cechu 1 „ciężką“ markę wartą 48 śląskich groszy. Każdy nowo przyjęty powinien postawić dotychczasowym braciom cechowym Achtel oleskiego piwa (3,75 litra). Poczęstunek w postaci posiłku nie był wymagany. Oprócz tego każdy nowo przyjęty do cechu zobowiązany jest do prowadzenia swoich dokumentów w ten sposób, by w ciągu trzech miesięcy zebrać dokumentację wystarczającą na potwierdzenie swojego pochodzenia oraz zezwolenie uprawniające do należytego wykonywania wyuczonego rzemiosła. Dokumenty te powinny zostać przedłożone cechowi rzemiosł różnych. Jeżeli mistrz przyjmie do pracy ucznia, tenże uczeń powinien co trzy miesiące wpłacać do kasy cechu 6 halerzy. Jeżeliby któryś z mistrzów, czeladników lub uczniów nieprzyzwoicie się zachował, powinien zostać ukarany”.
   Utworzony cech rzemieślników różnych specjalności łączył 16 rzemiosł. W jego skład wchodzili: rymarze, siodlarze, kaletnicy, kapelusznicy, farbiarze, miecznicy, białoskórnicy, powroźnicy, introligatorzy, stolarze, bednarze, wębornicy (wytwarzali beczki), stelmachowie (wyrabiali najczęściej koła do drewnianych wozów i sań), kołodzieje, tokarze i szklarze. Właściciel miasta zastrzegł, że gdyby któreś z tych rzemiosł wykonywało w Oleśnie 12 mistrzów i w związku z tym odłączyło się  od cechu rzemiosł różnych, to muszą oni  przestrzegać praw i obowiązków zawartych w tym piśmie. Do cechu rzemiosł różnych mógł być przyjęty każdy rzemieślnik, mający zapewnione środki utrzymania pod warunkiem, że nie  należy do innego cechu. W celu uniknięcia konkurencji właściciel miasta zabronił obcym rzemieślnikom sprzedaży swoich wyrobów na cotygodniowych targach, mogli to uczynić jedynie na jarmarkach rocznych. Ponadto polecił burmistrzowi Olesna, radzie miejskiej i wszystkim mieszkańcom przestrzegania powierzonych im praw i obowiązków z zastrzeżeniem, aby nie zezwolili na złamanie przez kogokolwiek powyższych postanowień. Jan von Beess zobowiązał się na piśmie do zagwarantowania przez niego i jego następców  wprowadzania jakichkolwiek zmian w statucie cechu rzemiosł różnych, które dokonane mogą  być tylko za zgodą wszystkich członków tego  cechu. 
   Kolejny przywilej zatwierdził Jan von Beess 27.12.1585 r. dla cechu solarskiego w Oleśnie. Solarze otrzymali od właściciela Olesna prawo nieograniczonego nabywania soli i rozwożenia jej. Solą co sobotę handlowano na Rynku Solnym, przy którym stały magazyny soli. Rynek Solny mieścił się w obrębie murów miejskich, obejmując teren obecnej ulicy, przy której znajduje się zakład optyczny i sklep odzieżowy. Także cech oleskich płócienników otrzymał przywilej od  Jana von Beessa w dniu 25.01.1589 r.  Od II poł. XIV w. w Oleśnie pracowało wielu płócienników nazywanych także tkaczami lnu. Zwolnieni byli oni od służby woskowej i wartowniczej oraz  uzyskali zapewnienie o wyłączności produkcji i prawie zbytu swoich towarów w Oleśnie.
   Właściciel miasta wyraził zgodę na zmniejszenie podatków o połowę i spłatę  tej sumy w roku 1593 w związku z pożarem, który wybuchł w Oleśnie 25.04.1590 r. Strawił on niemal całe miasto i spowodował ogromne straty materialne u jego mieszkańców. Pełen zrozumienia dla sytuacji mieszczan oleskich pan miasta umorzył mieszczanom część należności, którą byli zobowiązani mu uiszczać. Wydano stosowny dokument dotyczący uregulowania tych powinności pod datą 12.06.1593 r.
    5 marca 1608 r.  Jan Beess sporządził dokument, w którym poręczył za swojego sługę Daniela Koppischa, ubiegającego się o przyjęcie do cechu piekarzy w Oleśnie. Dobry to był  pan dla mieszkańców Olesna. Tym bardziej zastanawiająca jest jego decyzja o sprzedaniu miasta i Wojciechowa. Może przyczynił się do tego wspomniany pożar, wieloletnia odbudowa miasta, problemy rodzinne i zdrowotne. Olesno i Wojciechów Jan von Beess sprzedał  w dniu 2.03.1594 r. Melchiorowi baronowi von Gaschin (Gaszyńskiemu).    
    Ród Beessów należał do najstarszych na Śląsku. Przodkowie Jana przywędrowali do Czech z Chorwacji lub Slawonii  prawdopodobnie już w VII w., a około X w. osiedlili się na Śląsku. Głównymi siedzibami rodu były Kujawy koło Głogówka, Kolnie nad Odrą i Karłowice koło Brzegu.  Zamożna rodzina Beessów często pożyczała opolskim Piastom pieniądze, a nawet wchodziła z nimi w koligacje małżeńskie (drugą żoną księcia  Bolka V Husyty  została  Jadwiga z rodu Beessów).  W 1260 r. niejaki Adam Beess  przekazał synowi Sedkowi wieś Besowicze. Sedek miał dwóch synów. Starszy, Adam, był osobistym doradcą  księcia opolskiego Bolesława I. Adam  pozostawił  4 synów: Ottona, Macieja, Adama i Herberta.  Otton  spłodził   2 synów - starszego  Adama i  młodszego  Ottona, który został archidiakonem wrocławskim. Dziećmi Adama był Michał  i Mikołaj. Michał miał syna Ottona, właściciela Kopic koło Grodkowa. Tenże Otto doczekał się 3 synów: Adama, Jana i Mikołaja, którzy podzielili między siebie majątek rodzinny, dając początek trzem odrębnym gałęziom rodu. Związana z historią Olesna była linia rodu, którą zapoczątkował Mikołaj. Odziedziczył on wioski w pobliżu Olesna - Leśną i Pawłowice i był  właścicielem Wierzchlasu w dawnym powiecie wieluńskim. W 1507 r. ożenił się z Katarzyną Sterz z Bąkowa, która urodziła pięcioro  dzieci: Barbarę, Katarzynę, Magdalenę, Zofię i Krzysztofa. Jedyny syn Krzysztof ożenił się z Dorotą  Strzela z Wierzchlasu (Wirchles). Jego spadkobiercą został Jan bezpośrednio związany z Olesnem i Kadłubem Wolnym. Jan Beess posiadał kilka majątków, jednak w dokumentach występuje zwykle jako pan na Oleśnie i Wojciechowie (z okazji zawarcia umowy z magistratem oleskim 12.06.1593 r.), na Szumiradzie (kiedy 5.04.1605 r. zawarł umowę z chłopami w Kadłubie Wolnym) i na Chudobie, gdy 2. 03.1594 r. sprzedał Olesno i Wojciechów Melchiorowi von Gaschin.  Wspomnianej umowie z chłopami kadłubskimi  warto poświęcić nieco więcej  uwagi. Była to jak na owe czasy bezprecedensowa transakcja na terenie ziemi oleskiej. Fakt nabycia majątku przez chłopów był niespotykany w tamtych czasach, bo wiązał się on z ich uwolnieniem od poddaństwa. Z pewnością przyczyniły się do tego względy finansowe. Jan Beess potrzebował grosza, za sprzedaż majątku innemu możnowładcy uzyskałby pieniądze od sprzedaży gruntów i nieruchomości. Natomiast sprzedaż tych dóbr wspólnocie chłopskiej pociągała intratną sumę uiszczoną za nabycie wolności osobistej. 5 kwietnia 1605 r. „we wtorek po niedzieli palmowej” w karczmie krytej drewnianym  gontem  w uroczyście przyozdobionej sali na twardym dębowym nakrytym obrusem stole dokonano tej wyjątkowej transakcji. Obecni byli poza właścicielem Janem Beessem jego świadkowie: proboszcz Zębowic - Benbuss i Krzysztof Hoff od Kantorów na Osiecku. Świetnie zachowany dokument donosi, że pan Jan Beess  „”jego (...) kadłubskim poddanym, z których przez tę sprzedaż wymieniony z wszystkimi tymi prawami, które nad niemi miał z poddaństwa wypuszcza cały ten majątek kadłubski sprzedawa (...) z folwarkami, łąkami, stawami, miejscami stawnymi, młynami, miejscami młyńskimi, jeden tartak, las z gąszczami odrośniętymi i nieodrośniętymi, wszelkie polowania, wielkie i małe użytki”. Pan von Beess  sprzedał siedmiu bogatym kmieciom, swoim poddanym, cały posiadany przez siebie w Kadłubie majątek rycerski – lasy, karczmę, pastwiska, młyny, tartak, stawy, folwarki, łąki i pola,   zwalniając jednocześnie z poddaństwa swoich dotychczasowych poddanych wraz z wszelkimi prawami, jakie nad nimi posiadał.  Dokument wymienia pierwszych  właścicieli kupna. Byli to kmiecie: Pietrachowski, Gordelski (Gordalski), Miozgowski, Wypychowski, Donatka, Pawelkow i  Gralowski. Ich nazwiska przed wykupem brzmiały prawdopodobnie:  Pietrach, Gordala, Miozga, Wypych, Donatka, Pawełek i Grala. Typowa dla szlachty  końcówka –ski  została dodana   po wykupieniu majątku rycerskiego, ponieważ kadłubscy wolni chłopi stali się niemal równi szlachcie. Wszystkie wymienione części składowe wspólnego majątku – z wyjątkiem lasów i pastwisk – wypuszczano w dzierżawę. Manuskrypt był  spisany w dwóch jednobrzmiących egzemplarzach (po jednym dla każdej ze stron) w języku staroczeskim używanym przez kancelarię opolską, określanym także jako  język polsko-czeski. Jan Beess udokumentował go swoją rodową pieczęcią.  Nieposiadający swoich pieczęci mieszkańcy Kadłuba poprosili o podpisanie i opatrzenie pieczęciami przedstawicieli szlachty: Krzysztofa Hoffa z Kantorowa na Osiecku, braci Zygmunta i Jana Wachowskich z Wachowa na Leśnej, Hildebranda Hoffa z Kantorowa, Jerzego Osieckę (Osieckiego) z Osiecka na Paczołkowie i Kaspara Hoffa z Kantorowa na Osiecku. Jednak taki kontrakt bez  poświadczenia zgody przez ówczesnego panującego nie miał  mocy prawnej. Strony zwróciły się więc do cesarza Rudolfa II (1567-1612), który  wyraził akceptację sprzedaży majątku chłopom kadłubskim. Dokument z datą 13 grudnia 1605 r., sporządzony w kancelarii księstwa opolsko-raciborskiego w Opolu, został przywieziony do Kadłuba Wielkiego. Do dzisiaj dokument potwierdzony pieczęcią cesarską  jest z wielką pieczołowitością  przechowywany w dębowej szkatule. Cesarz, potwierdzając  wykupienie sobie wolności przez kadłubskich chłopów, zobowiązał swoich następców, przyszłych czeskich królów, książąt Śląska w Opolu i Raciborzu oraz wszystkich innych  do przestrzegania cesarskiej woli w tej kwestii. W tym dokumencie figurują inne osoby szlachetnie urodzonych świadków: Fryderyk Siedlnicki  z Golczyc na Chrząścielowie, Malcher Żyrowski z Żyrowa, Adam Paczyński z Paczyny Jan Krzysztof Pruszkowski oraz kanclerz Wacław Szeliga z Rzuchowa, który dokument ten podpisał. Po tak doniosłym wydarzeniu zmieniono nazwę wsi Kadłub Wielki na dumnie brzmiący Kadłub Wolny.
   W XVI w. Beessowie nabyli od rodu von Hoff Lewin Brzeski. Jako zwolennicy reformacji przyczynili się do przyjęcia przez mieszkańców tej miejscowości wyznania Lutra. Stało się to przyczyną   konfliktów z mieszczanami Lewina. Jeden z dziedziców Jan von Beess w wyniku małżeństwa z Ewą Strzelą pomnożył rodzinną fortunę m.in. o Kamień Śląski, Tworów, Krowiarki i Maków koło Raciborza. Przed swoją śmiercią w 1614 r. przekształcił on swój majątek w majorat, który odziedziczył, wobec braku męskiego potomka,  jego brat - Kasper Henryk. Do pocz. XVIII w. zarządzało tym majoratem pięciu ordynatów. Szczególnie wyróżniał się czwarty ordynat - Otton Leopold, który został tajnym ministrem skarbu i wojny oraz ambasadorem na dworze saskim. Po bitwie pod Małujowicami uzyskał stanowisko marszałka wielkiego nadwornego oraz godność kawalera Zakonu Czarnego Orła. Oprócz Lewina w skład jego dóbr wchodziły: Lipowa, Narok, Jaroszówka, Tameczno, Kuźnica Katowska, Biała, Jakubowice oraz Sophiental i Lindenberg w Berlinie. Jego drugą żoną była Johanna Charlotta hrabina Henkel von Donnersmarck z Pezig. Piątym ordynatem był Johann Amadeus Otto von Beess, rzadko przebywający w Lewinie. Jedyna jego  córka Joanna Karolina została poślubiona przez hrabiego Józefa von Nostitz z Rokitnicy. Była ostatnią potomkinią rodu. W 1796 r. majorat rozwiązano  drogą sądową, a  jego dobra sprzedano. Po majorackiej hrabiowskiej rodzinie von Beessów pozostał zamek w Karłowicach, pałace w Naroku i Lewinie Brzeskim.
    Na spotkanie przybyli licznie mieszkańcy Olesna i członkowie Kręgu Przyjaciół Zapomnianej Historii, którzy zwiedzili kościół św. Anny i Oleskie Muzeum Regionalne.

Ewa Cichoń










beess plakat v1.pdf

                                                                        

Goście z Izraela odwiedzili Olesno i nasze muzeum

 

22 października 2013 r.  do Olesna przyjechali goście z Izraela: Pnina Jaegermann  w towarzystwie swoich dzieci - syna Roniego Jaegermann,  córki Tali Peres oraz  krewnych- Daniela Grünpeter i  Jossi Grünpeter. Zamieszkała w Izraelu Pnina Jaegermann z domu Grünpeter nawiązała kontakt  z Oleskim Muzeum Regionalnym. Po długiej korespondencji z tą placówką  zdecydowała  się odwiedzić  swoje rodzinne miasto Rosenberg/Olesno. Ośmioletnia Pnina (właściwie Gerda) opuściła je ze swoją rodziną w 1938 r. Pnina Jaegermann wywodzi się ze znanej, cenionej i  zamożnej  oleskiej rodziny żydowskiej.  Rodzina Grünpeter mieszkała na terenie niemal całego Śląska, m.in. w Bytomiu, Katowicach, Mysłowicach, Gliwicach, Pszczynie, we Wrocławiu.   Ojcem Pniny Jaegermann  był Isidor Grünpeter, a matką  Elfrieda (Frieda) Karliner.  Isidor Grünpeter urodzony w 1877 r. w  kolonii Toboła w Brzezinkach koło Mysłowic do  Olesna przybył w latach 90. XIX w. Matka  Pniny, urodzona w 1904 r. w Brzękowicach (powiat Będziński),  zamieszkała w  Oleśnie od 1921r. Rodzice Pniny pobrali się 27 maja 1930 r. w Oleśnie. Ojciec Isidora - Elias Grünpeter urodził się w Będzinie, a matka Paulina z domu Nebel urodziła się w 1832 r. w  Brzezinkach koło Mysłowic. Wuj Pniny- Adolf (Avrohom)  Grünpeter  ożenił się w 1890 r. w  Oleśnie z panną Baginsky. Isidor  Grünpeter był wziętym kupcem i właścicielem sklepu przy północnej pierzei Rynku. W latach 30.XX w. nabył kamienicę we wschodniej pierzei Rynku –trzecią od ratusza pod numerem 12, w której  do 1938 r. prowadził sklep. Jeszcze dwa lata przed dojściem Hitlera do władzy Isidor Grünpeter był członkiem  kolegium Rady Miejskiej w Oleśnie.    Ojciec Pniny Jaergemann opuścił Olesno i udał się do Izraela, po czym sprowadził tam w grudniu 1938 r. żonę i swoje dzieci. Powodem wyjazdu z  przedwojennego Olesna rodziny Grünpeter była antysemicka polityka III Rzeszy, a  w związku z tym  obawa przed prześladowaniami. Już po dojściu Hitlera do władzy w 1933 r., rozpoczęła się emigracja dyskryminowanej ludności żydowskiej. Nagonka na wyznawców judaizmu nasiliła się szczególnie po ogłoszeniu na zjeździe Reichstagu w Norymberdze 15 września 1935 r. rasowych ustaw norymberskich. Na mocy tych postanowień Żydów można było pozbawić obywatelstwa Rzeszy, ochrony prawnej i własności. Nie mogli również pełnić służby w urzędach państwowych ani w wojsku. Zakazano im wywieszać flagę państwową. Wedle ustawy o ochronie krwi niemieckiej zabraniano zawierania małżeństw między "Aryjczykami" i "nie-Aryjczykami", zezwalano rozwiązywać już zawarte małżeństwa tego typu, zaś stosunki intymne między nimi podlegały karze zhańbienia rasy, tzw. Rassenschande. Ustawy również definiowały, kogo uznawać za Żyda, za mieszańca - Mischlinga i Aryjczyka. Rozpowszechniano bajki o żydowskich mordach rytualnych. Zapowiedzią holocaustu były wydarzenia nocy kryształowej (Kristallnacht)  z 9 na 10 listopada 1938 r., w czasie której naziści palili synagogi, a ulice niemieckich miast zostały zasypane odłamkami szkła ze zniszczonych żydowskich mieszkań i sklepów. Podobnie było także w Oleśnie. Mała Pnina, krótko przed wyjazdem do Izraela,  z okien swojego domu widziała w nocy z 9/10 listopada 1938 r. ogromną łunę na niebie podpalonej przez hitlerowców oleskiej synagogi. Widziała także, jak następnego dnia prowadzono na oleski Rynek Żydów  deportowanych  do obozów koncentracyjnych.  Wspominała szykany dzieci wobec niej, gdy uczyła się pływać w oleskim basenie.  Wspominała także wielu oleśnian pochodzenia żydowskiego m.in.: doktora - ginekologa Matzdorfa, który mieszkał w willi, wcześniej zamieszkałej przez burmistrza Eugena Kasperowskiego, później należącej do  doktora Schostoka,  doktora Preihsa, który podczas nocy kryształowej wyniósł  z płonącej synagogi fragment Tory i wywiózł  ją później do  Filipin, właściciela Hotelu de Rome/Hotelu Baginsky - Siegmunda Baginsky’ego z którym była spokrewniona. Przywiozła wiele fotografii, materiałów, wśród których znalazło się oryginalne menu oraz zestaw tańców z wesela Adolfa (Avrohoma)  Grünpeter    w  Hotelu Baginsky. Na kilku zdjęciach uwieczniony został ostatni rabin oleskiej wyznaniowej gminy żydowskiej ( właściwie kantor) Erich Lewin, którego wywieziono  z rodziną  do Buchenwaldu. Zdołał uciec i wyjechać do  Izraela,  ale nie uratował z Auschwitz swojej żony i córki. P. Jaegermann uczęszczała do Niemieckiej  Szkoły  Narodowej ( wcześniej Katolickiej Szkoły Powszechnej) w budynku której mieści się obecnie   Publiczne Gimnazjum nr 1. Była w   jednej klasie z  Wolfgangiem Weidlem, z którym utrzymywała kontakt do końca jego życia. Przyjaźniła się jako dziecko z Lisą Translateur, Kate Karmeinsky, Haną Matzdorf, Erichem Freundem. Wszyscy członkowie rodziny Grünpeter, którzy w czasach nazizmu nie opuścili Niemiec zginęli w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Wśród nich dziadkowie Pniny –Max i Berta Karliner, dwaj bracia Isidora - Natan i Julius z rodzinami i trzy kuzynki z rodzinami.

 

Goście z Izraela zostali serdecznie przyjęci przez Burmistrza Olesna Sylwestra Lewickiego, który przekazał im pamiątki związane z miastem i folder o oleskim kirkucie, po czym w  towarzystwie dyrektor Oleskiego Muzeum Regionalnego - Ewy Cichoń, fotografika - Mirosława Dedyka, p. Haliny Chmielarskiej i Barbary Żakowskiej odwiedzili cmentarz żydowski. Był on  głównym celem ich wizyty, ponieważ znajduje się  tam macewa zmarłej w 1929 r. Friedy  Grünpeter, pierwszej żony ojca Pniny Jaegermann – Isidora Grünpeter.  Usytuowana jest nieopodal Tahary po prawej  stronie cmentarza. Odżyły wspomnienia. Syn Pniny –Roni biegle czytał inskrypcje w j. hebrajskim toteż z  łatwością   odnaleźli groby krewnych i znajomych. Rodzina odwiedziła miejscowe muzeum, obejrzała ekspozycję o historii Olesna, szczególnie tablicę poświeconą dziejom gminy żydowskiej w Oleśnie.

Przeżycia tej sentymentalnej podróży w lata dzieciństwa trudne są do opisania. P. Pnina i jej rodzina  była przeszczęśliwa. Po 75 latach żywo opowiadała o swoim dzieciństwie spędzonym w Oleśnie, o przywiązaniu jej rodziny do tej ziemi. Pnina  Jaegermann jest pogodną, pełną energii starszą panią, serdeczną, tolerancyjną i otwartą na ludzi. Obiecała, że z Olesnem i  naszym muzeum będzie w kontakcie.

Ewa Cichoń

 

 

          


                                                                          Muzeum zaprasza na  wystawę łowiecką


19 października 2013 r. w Oleśnie odbędą się  obchody 90-LECIA  POLSKIEGO ZWIĄZKU ŁOWIECKIEGO,  na które zaprasza Zarząd Okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Częstochowie, Nadleśnictwo Olesno i Kluczbork oraz  Komitet Organizacyjny DARZ  BóR.

Program imprezy:
godz. 13:00 - uroczysta msza „Hubertusówska” w kościele św. Michała
godz. 14:15 - przemarsz pocztów sztandarowych i uczestników na oleski Rynek
godz. 14:30 - przywitanie i wystąpienia zaproszonych gości
godz. 14:50 - program artystyczny (m.in. koncert muzyki myśliwskiej - pokaz wabienia jeleni)

oraz
- wystawa klubu kolekcjonera i trofeistyki myśliwskiej w Oleskim Muzeum Regionalnym od godz. 14:00 do 17:00
- degustacja potraw kuchni myśliwskiej wraz z możliwością zakupów  dziczyzny firmy Tytus.

Impreza odbędzie się pod patronatem Starosty Oleskiego i Burmistrza Miasta i Gminy Olesno.

Oleskie Muzeum Regionalne zaprasza do obejrzenia wystawy łowieckiej  eksponowanej  z okazji 90-lecia istnienia Polskiego Związku Łowieckiego. Została ona  zorganizowana przez Okręgową Radę Łowiecką w Częstochowie, Zarząd Okręgowy PZŁ w Częstochowie, Klub Kolekcjonera i Kultury Łowieckiej Oddział w Częstochowie.  Ekspozycja  była prezentowana  w ponad pięćdziesięciu miejscach, ostatnio w Pawilonie Wystawowym Parku Staszica należącym do Muzeum w Częstochowie. Na wystawie można zobaczyć trofea łowieckie, zbiory broni kolekcjonerskiej, medale, znaczki, obrazy i  gadżety związane z łowiectwem.  Łowiectwo w obecnym kształcie ma stosunkowo krótką historię, ale historia „łowów”- czyli polowania sięga czasów ludzi pierwotnych. Łowy były podstawową czynnością będącą głównym  źródłem  utrzymania ludzi przez wiele tysiącleci. W wyniku zmian cywilizacyjnych prowadzących do rozwoju rolnictwa i osiadłego trybu życia polowania przestały pełnić rolę głównego zajęcia człowieka. Stały się bardziej  okazją do wykazania się siłą, zręcznością i męstwem w bezpośrednim spotkaniu z dzikiem zwierzem. W średniowieczu od X w. łowy zaczęły być przywilejem ludzi z wyżyn społecznych - władców, rycerstwa i wyższego duchowieństwa. Organizowano je często przed  wyprawami wojennymi w celu dostarczenia ogromnych ilości pożywienia.  Doskonale znane są wielkie łowy w 1409 r.  przed wojną z Zakonem Krzyżackim, o których Jan Długosz tak napisał: „Władysław... Król Polski zabawiając się łowami w Białowieży przez osiem dni wielką ilość zwierzyny ubił, którą soloną w beczkach spuścił Narwią i Wisłą do Płocka, aby mieć z niej zapas gotowy na przyszłą wojnę.” W wiekach średnich pojawiały się pierwsze ograniczenia w zakresie łowiectwa, które miały chronić zwierzynę, ale także zabezpieczyć interesy i przywileje ówczesnych możnych. Przepisy w tej materii wydawali władcy, którzy posiadali nieograniczone prawo do polowań i tzw. „wielkich łowów”, czyli polowania na „grubego zwierza” - tura, żubra, dzika, jelenia, niedźwiedzia.  „Łowy małe” na ptactwo, lisy, zające czy  bobry mogli uprawiać nawet poddani.  W XV w. przywilej polowania ogranicza się wyłącznie do rycerstwa i jest ściśle powiązany z własnością gruntów. Powstają przepisy wskazujące troskę właściciela o utrzymanie pogłowia zwierzyny, zwłaszcza tej grubej, ginącej. Dowodem na to jest  edykt króla Zygmunta III Wazy z 1597 r. zakazujący poddanym z okolic Jaktorowa użytkowania łąk po to, aby „turowie, zwierz nasz mieli swe dawne stanowiska”. Surowe były przepisy związane z prawem wyłączności polowania możnowładców ziemskich. Statut  Litewski z 1529 r. podaje, że pojmanie człowieka na polowaniu w cudzej puszczy kończyło się zazwyczaj karą śmieci. W XVI w. w okresie rozkwitu ustawodawstwa łowieckiego kary te nieco złagodzono. Wydana w 1775 r. ustawa łowiecka była ostatnim aktem prawnym wydanym w Polsce przedrozbiorowej. W okresie zaborów obowiązywały prawa łowieckie państw, które dokonały rozbiorów Polski.
  Geneza zrzeszania się myśliwych sięga końca XIX w. i istniejących na ziemiach polskich towarzystw łowieckich. W roku 1923 w Warszawie powołano Centralny Związek Polskich Stowarzyszeń Łowieckich, przekształcony następnie (1929 r.) w Polski Związek Stowarzyszeń Łowieckich i ostatecznie w Polski Związek Łowiecki (1936 r.). W II RP rozporządzenie Prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego z 1927 r. unormowało prawo łowieckie. Wiązało ono prawo polowań z własnością gruntu.  Obecnie obowiązujące prawo łowieckie na mocy Ustawy z dnia 13 października 1995 r. reguluje  zagadnienia związane z łowiectwem, gospodarką łowiecką, funkcjonowaniem Polskiego Związku Łowieckiego oraz kół łowieckich, straży łowieckiej, wykonywaniem polowania (potocznie polowaniem), szkodami łowieckimi oraz przepisami karnymi związanymi bezpośrednio z łowiectwem. Gospodarowanie zwierzyną należy do państwa, a jego podstawę stanowią odpowiednie plany hodowlane. Współczesne łowiectwo akcentuje konieczność ochrony zwierząt i hodowli zwierzyny dla potrzeb ogólnospołecznych.
Wystawa  będzie czynna od 16 października do 26 listopada 2013 r. Serdecznie zapraszamy!
Ewa Cichoń





                                                                                    Senatorowie  odwiedzili kościół św. Anny w Oleśnie

W dniu 9 października 2013 r. odwiedzili kościół pw. Św. Anny w Oleśnie członkowie Komisji Kultury i Środków Przekazu Senatu Rzeczypospolitej Polskiej. Zacnym gościom towarzyszył Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki i Senator z naszego powiatu Aleksander Świeykowski. Historię oleskiego sanktuarium zaprezentowała dyrektor Oleskiego Muzeum Regionalnego Ewa Cichoń. „Oleska róża zaklęta w drewno” zauroczyła senatorów, którzy uczestniczyli w wyjeździe studyjnym  do Pawłowic na terenie gminy Gorzów. Komisja w trakcie wizyty zapoznała się z funkcjonowaniem pałaców, dworków i zamków w obowiązującym systemie podatkowym oraz z wpływem samorządów lokalnych na zagospodarowanie popadających w ruinę obiektów zabytkowych. Wizyta w Pawłowicach jest kontynuacją dwóch poprzednich inicjatyw komisji związanych z ochroną dziedzictwa kulturowego, które odbyły się  w maju i czerwcu 2013 r.


                                                                                                                                   




„Trzy artystki z jednej krwi” w oleskim muzeum

25 lipca br., w przededniu tegorocznych Dni Olesna, w miejskim muzeum otwarto  wystawę prac artystycznych Bogumiły Kaszy, jej córki Martyny Abtouche i wnuczki Sabriny Abtouche zatytułowaną „Trzy artystki z jednej krwi”.
Seniorka klanu artystek Bogumiła Kasza - zodiakalna Waga -  urodziła się 24 września 1933 r. w Lublinie. Mieszkała w Warszawie, następnie w Bydgoszczy. II wojnę światową spędziła w Warszawie i Krakowie. W 1952 r. po ukończeniu Liceum Pedagogicznego w Krakowie otrzymała nakaz pracy do szkoły w Szklarskiej Porębie, gdzie pracowała jako nauczycielka do 1964 r. W 1959 r. wyszła za mąż za Janusza Kaszę. Mąż Bogumiły pracował w szlifierni szkła artystycznego i kryształów w Hucie „Julia” w Szklarskiej Porębie. Panią Bogumiłę od zawsze interesowała  literatura oraz sztuka, szczególnie malarstwo. Znała czeskiego malarza Vlastimila Hoffmana1, który mieszkał w Szklarskiej Porębie Dolnej. Namalował  on portret jej córki Martyny. Pani Bogumiła nabyła też od niego kilka obrazów. Od tej pory jeszcze bardziej  interesowała się malarstwem. W 1964 r. przeprowadziła się do Tarnowa, gdzie ukończyła studia wyższe. Jej pasje artystyczne owocowały w kontaktach ze znanymi malarzami z Tarnowa i Krakowa. Należeli do nich: Józef Szynkiewicz, Marek Niedojadło-Martynów2, Teresa Szymkiewicz, Zbysław  Maciejewski3, Anna Fruthof.  Panią Bogumiłę fascynowały głównie freski i mozaiki, a z  tkanin - paczworki  (kapy, kołdry, kilimy, poduszki, torby i inne rzeczy) powstałe z różnych zszytych ze sobą kawałków materiałów i przedmiotów użytkowych i ozdobnych.  Zbierała różne wydawnictwa, albumy dotyczące tej tematyki. Niedaleko  pada jabłko od jabłoni, jak mówi znane przysłowie, nic więc dziwnego w tym, że jej córki także zainteresowały się sztuką - córki Martyna i Kinga ukończyły Liceum Plastyczne w Tarnowie i obie malują, a córka Sylwia oddaje się fotografice artystycznej.
W 1989 r. Bogumiła Kasza przyjechała do Olesna i w nim pozostała. Olesno, nieznane jej dotąd w ogóle, stało się dla niej - jak sama podkreśla - „najpiękniejszym miejscem na ziemi”. Drogę artystyczną obecnie kontynuuje jej wnuczka Sabrina, która urodziła się w Paryżu, ale podczas studiów w Polsce, tak zachwyciła się naszym krajem, że ostatecznie także i ona wybrała Olesno. A pani Bogumiła stopniowo, oglądając zebrane w domu skarby – szmatki, guziki, tasiemki, koronki oraz stare serwetki - zaczęła  szyć swoje paczworkowe obrazki. To są jej "mozaiki gałgankowe". Jako polonistka nie lubi za bardzo matematycznej  równości i symetrii. Stąd jej obrazki są  asymetryczne,  bardzo kolorowe i powstają w dziwny sposób. Bierze na przykład do ręki starą serwetkę ze starym haftem i już widzi w wyobraźni domki czy ogródki pełne kwiatów. Więc wycina stary haft, przenosi na  nową tkaninę i komponuje całą resztę. Nie farbami, ale tkaninami. Czasem inspiruje ją pocztówka, zdjęcie z gazety  albo znaczek pocztowy czy bukiet kwiatów w wazonie. Zaczyna wtedy swoją robotę "gałgankową" i pracuje tak długo, dopóki nie skończy. W swych pracach uwieczniła pamiątki po mamie - wszywając w swoje kompozycje koronki po jej serwetkach, czy fragmenty tkanin z jej ubrań. Swoją twórczość  nazywa RECYCLINGIEM GAŁGANKOWYM.  „To jest moje szczęście” - mówi.
Średnia latorośl artystycznego drzewa Martyna Abtouche urodziła się 19 grudnia (zodiakalny Strzelec) w 1959 r. w Szklarskiej Porębie. W wieku 4 lat przeprowadziła się z rodziną do Tarnowa. Jako dziecko nie lubiła i - jak twierdzi - nie umiała w ogóle rysować. Dopiero inspiracja nauczycielki plastyki w podstawówce pomogła Martynie zainteresować się przedmiotem. Zaczęła coraz chętniej i lepiej rysować i malować. Z czasem malarstwo stało się jej pasją, kształciła się w  Liceum Sztuk Plastycznych w Tarnowie. Pracą maturalną w dziedzinie tkaniny artystycznej była  wyjątkowa prezentacja „Roku dziecka”.  Jej praca została wytypowana do Ogólnopolskiego Konkursu Szkół Plastycznych, na którym została nagrodzona I miejscem. Praca ta reprezentowała Polskę na wystawie w Helsinkach, a po wystawie przekazano ją do Centrum Zdrowia Dziecka w Krakowie. Po poznaniu przystojnego Francuza Serge’a Abtouche Martyna wyszła za niego za mąż w 1981 r. i wyjechała do Francji. Pełniąc obowiązki żony i matki, nadal parała się malarstwem. Swoje prace przez wiele lat wystawiała na corocznej wystawie Salonu Jesiennego. Gdy przyjeżdżała do swojej matki Bogumiły do urokliwego Olesna, brała udział w plenerach malarskich,  bo malarstwo to jej sposób na życie. Kocha kolaże i ikony, które wykonuje w technice własnej. Trudno się dziwić, że  artystyczne muśnięcie skrzydła anioła dotknęło także jej córkę Sabrinę.
    Sabrina Abtouche - paryżanka z polskimi korzeniami - to dziś już w pełni obywatelka naszego miasta, która w 2010 r. zaprezentowała swoją  twórczość na wystawie w oleskim muzeum. Urodziła się w Bondy nieopodal Paryża w 1982 r. Tam ukończyła grafikę reklamową w Liceum Plastycznym. Osiemnastoletnia Sabrina zdecydowała się pozostawić urokliwy Paryż i wybrała niewielkie Olesno, w którym mieszkała u swojej babci  Bogumiły Kaszy. W pierwszym roku skupiła się głównie na nauce języka polskiego. Jak podała w jednym z wywiadów: „W Oleśnie jest zupełnie inaczej niż w Paryżu, ludzie tak nie gonią, są bardziej serdeczni. Od razu mnie zaakceptowali jak swoją. A w mieście panuje błogi spokój. Uwielbiam też język polski, który znam z dzieciństwa. W domu mówi się po francusku, mama, która jest z pochodzenia Polką, mówi w swoim ojczystym języku wtedy, kiedy jest zła, ojciec Francuz rozumie wszystko. Trochę mówi po polsku, ale robi to śmiesznie.”
Studia wyższe podjęła w Poznaniu w Szkole Stosowanej, gdzie uzyskała w 2005 r. dyplom licencjacki z grafiki. W 2007 r. zdobyła tytuł magistra sztuki na wydziale grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 2013 r. ukończyła studia podyplomowe na kierunku pedagogicznym.
Temat pracy magisterskiej brzmiał: „Moje podwójne życie". Mimo ostrzeżeń promotora, że temat będzie nastręczał wiele trudności, nie zrezygnowała z obranego zamierzenia. Na podstawie wybranych zdjęć ze starych rodzinnych albumów przechowywanych przez babcię stworzyła komiks, który przedstawiał najważniejsze wydarzenia z jej życia. Zaczęła od szkiców ołówkiem, następnie czarnym tuszem udoskonaliła rysunki. Na te obrazy nakładała przezroczyste folie, na których w celu uzyskania ostrego kontrastu rysowała markerami. W ten sposób stworzyła 14 scen ze swojego życia, m.in. ślub rodziców w Tarnowie, własne chrzciny, wakacje nad morzem, milenijny sylwester w Paryżu. Te obrazy były prezentowane w oleskim MDK w 2007 r. Poprzez swoje prace artystka stara się uchwycić  moment,  uwieczniając go w impresji artystycznej, aby każdy oglądający jej prace mógł choć przez chwilę poczuć klimat przedstawionego w dziele miejsca i wyobrazić sobie, jakie jest ono w rzeczywistości. Za pomocą folii przezroczystej, która oddaje różne odcienie czerni, artystka usiłuje zwiększyć głębię obrazów, aby sprawiały wrażenie trójwymiarowych. Cechą jej prac jest mocna, wyrazista, kontrastująca kolorystyka. Abtouche, jak sama twierdzi, inspiruje  twórczość Jacka Malczewskiego, którego uważa za jednego z najlepszych symbolistów w malarstwie.
We wrześniu 2009 r. wystawę prac S. Abtouche zatytułowaną „Souvenir" zorganizowała galeria Związku Polskich Artystów Plastyków w Opolu, a w listopadzie 2009 r. jej twórczość można było podziwiać w Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu. W 2010 r.  w oleskim muzeum wystawiane były prace artystki związane tak z jej rodzinnym miastem Paryżem, jak i z Polską, a z Olesnem w szczególności.
Na obecnej wystawie „Trzy artystki z jednej krwi” można podziwiać liczne, kolorowe, afirmacyjne  paczworki Bogumiły Kaszy, obrazy olejne Martyny Abtouche, niektóre z nich ukazujące  znane oleskie zabytki (kościółki drewniane) oraz duże formaty prac Sabriny - folie z mocno zaakcentowanym konturem. „Syreny z Mazur,” „Akt”, „Pałac Kultury i Nauki w Warszawie” i przepiękne „Maki” - wystawiane były w Warszawie w Domu Artysty Plastyka – Galeria Lufcik w 2011 r., a  trafiły tam wyłonione w drodze konkursu.  Sabrina należy do Związków Polskich Artystów Plastyków i do Domu Artystów w Paryżu. Na wernisaż artystki przybyli: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki z małżonką, dyrektor Miejskiego Domu Kultury Ernest Hober, Inspektor Sanepidu Jolanta Bala, Naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Bogusława Szychowska, przewodnicząca Związku Sybiraków w Oleśnie Barbara Gwiazdowska, miejscowi fotograficy, przedstawiciele lokalnych mediów, wielbiciele jej talentu i przyjaciele. Wystawa potrwa do 11 września 2013 roku. Serdecznie zapraszamy.
Ewa Cichoń




Zapraszamy na nową wystawę

plakat Trzy artystki.pdf


NOC KOŚCIOŁA na 100-lecie parafialnego kościoła pw. Bożego Ciała w Oleśnie

XXI Spotkanie Muzealne

22 czerwca o godz. 20:00 w kościele pw. Bożego Ciała rozpoczęła się NOC KOŚCIOŁA - czyli zgromadzenie poświęcone jubileuszowi 100-lecia oleskiego kościoła parafialnego. W klimat spotkania wprowadził licznie zebranych oleśnian utwór J. S. Bacha „Aria na strunie G”. To wyjątkowe spotkanie otworzył proboszcz Walter Lenart. Prelekcję na temat historii i wyglądu kościoła parafialnego wygłosiła dyrektor Oleskiego Muzeum Regionalnego Ewa Cichoń. W trakcie prelekcji pięknie prezentujący się chór parafialny pod kierunkiem Krystyny Hober wykonał kilka utworów muzyki sakralnej. Spotkanie zakończyło się wspólną medytacją i  modlitwą prowadzoną przez księdza proboszcza. Modlono się za budowniczych kościoła, jego duszpasterzy, którzy na przestrzeni 100 lat posługiwali w tym kościele, za przodków, ale i  cały lud Boży Olesna, aby pielęgnował to dobro, ten skarb dany w depozyt ziemi oleskiej.

Zgromadzeni w kościele z uwagą wysłuchali informacji dotyczących ich parafialnej świątyni. Obchodzi ona w tym roku swoje setne urodziny, lecz jej historia jest o wiele starsza.


Noc Kościoła.pdf




Serdecznie zapraszamy na XXI Spotkanie Muzealne

kosciol parafialny plakat v2.pdf


ORAS na wystawie w muzeum

27 maja br. w Oleskim Muzeum Regionalnym otwarto wystawę „Jesteśmy tu dla Was… od lat… z miłości do natury” prezentującą  pokonkursowe prace artystyczne  dzieci pracowników firmy  Oras. Prace zostały wykonane w ramach konkursu na zabawkę z odpadów Eco Zakręt. Wystawa ukazuje także historię firmy, proces produkcyjny od  odlewni poprzez obróbkę, szlifiernię, polernię, galwanizernię aż po montaż, zmiany infrastruktury zakładu w przeciągu lat, codzienną pracę, listy gratulacyjne i podziękowania  dla firmy Oras, gadżety,  zdjęcia oraz pamiątki z Finlandii i Norwegii.  Inicjatywa zorganizowania takiej wystawy powstała w Dziale Ochrony Środowiska, którego kierownikiem jest Andrzej Palmąka. W  zebranie  materiałów i przygotowanie wystawy  zaangażowali się pracownicy z różnych działów Orasu.
Utworzony w  1945 r.  fiński koncern Oras OY  w 1997 r. przejął większościowy pakiet akcji spółki Standard Armatura Olesno, a rok później po przejęciu całości Armatury w Oleśnie przemianował  ją na Oras Olesno Sp. z o.o.

ORAS to największy producent baterii w Europie. Projektuje, produkuje i wprowadza na rynek armaturę sanitarną i moduły wymienne. Stosuje multitechnologię polegającą na idealnym łączeniu mosiądzu, masy plastycznej i elektroniki. Od 1990 r. firma produkuje baterie bezdotykowe, stając się światowym liderem w tym zakresie. W 2002 r. rozpoczęła współpracę z włoską firma projektancką IL Bagno Alessi. Oras obsługuje klientów poprzez sieć zakładów  zlokalizowanych  w Finlandii i Polsce, a także poprzez  biura handlowe i przedstawicielstwa w krajach Beneluksu, Czechach, Danii, Estonii, Francji, Niemczech, Norwegii, Rosji, Szwecji, na Litwie, Ukrainie,  Łotwie. Firma produkuje wyłącznie w Europie, w fabrykach w Finlandii i Polsce. W procesie produkcji używa surowców i komponentów pochodzących  od europejskich dostawców.
Wystawa w oleskim muzeum  ma na celu edukację proekologiczną, bowiem atutem fabryk Orasu jest dbałość o środowisko naturalne, m.in. poprzez oszczędzanie wody i energii. Wyznacznikiem produktów marki Oras jest bardzo wysoka jakość i ekologiczność. W 2012 r. Oras wprowadził na rynek elektroniczną baterię Vienda, która jest najbardziej ekologicznym kranem, ponieważ zużywa jedynie 5 litrów wody na minutę. Dodatkowo model jest wykonany z zaawansowanego technologicznie kompozytu, materiału stosowanego dotychczas w medycynie, przemyśle lotniczym czy zbrojeniowym.
 Polskie Centrum Badań  i Certyfikacji S.A. wyróżniło firmę Oras w kategorii Eco Jakość Roku 2012  za skuteczną i konsekwentną realizację polityki  proekologicznej  Wysoki stopień ochrony środowiska naturalnego, a także  wysoki stopień zaangażowania w działalność prośrodowiskową jest mocną stroną firmy Oras. Oras otrzymał certyfikaty ISO 14001:2004 System Zarządzania Środowiskowego, ISO 9001:2008 System Zarządzania Jakością i 18001:2007 Zarządzanie Systemem BHP.
Na otwarcie wystawy przybyli: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki, Dyrektor fabryki Oras Ireneusz Misiak, Dyrektor Personalny Kinga Hęcinska, Kierownik Produkcji Tomasz Kapała, Skarbnik Gminy Jan Jaskólski, Radny Rady Miejskiej i Dyrektor ZS Marek Leśniak, Prałat Zbigniew Donarski, Dyrektor Oleskiej Biblioteki Publicznej Halina Szklanna, Naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Bogusława Szychowska, Inspektor Sanepidu Jolanta Bala, Prezes Spółdzielni Odrodzenie Artur Maniura i zainteresowani mieszkańcy Olesna. Zapraszamy na wystawę czynną do 12 lipca.
Ewa Cichoń





Zapraszamy na nową wystawę


plakatGT.pdf


Arturo Mari w Oleśnie - XX Spotkanie Muzealne
17 maja 2013 r. odbyło się XX Spotkanie Muzealne „W hołdzie Błogosławionemu Janowi Pawłowi II”, które miało  charakter spotkania ze znanym na całym świecie osobistym fotografem papieża - Arturo Mari. Dyskretny towarzysz Ojca Świętego Jana Pawła II, nienagannie ubrany - czarny garnitur, biała koszula i ciemny krawat - z uśmiechnięta twarzą, obwieszony swymi aparatami fotograficznymi przez cały pontyfikat był ważnym „elementem” watykańskiego krajobrazu. Nie było publicznego wystąpienia Papieża, mszy św., czy audiencji bez niego, przybocznego fotografa.  Arturo Mari dokumentował, zapisywał i opowiadał  historię kunsztem swoich zdjęć, których wykonał z pewnością ponad milion. Towarzyszył papieskiemu pielgrzymowi Janowi Pawłowi II we wszystkich 104 podróżach zagranicznych i ok. 180 w obrębie Włoch. Krąży o nim taki dowcip: Kto to jest ten człowiek ubrany na biało, który stoi obok Mariego?” 
Arturo Mari jest rzymianinem, którego młodość i dorosłe życie upływało w cieniu dostojnej Bazyliki św. Piotra, gdzie rozpoczął swoją przygodę z fotografią. Ojciec, zajmujący się fotografiką amatorsko, wprowadził syna w tajniki sztuki robienia zdjęć. Jako młody człowiek został zauważony i rozpoczął pracę w „L΄Osservatore Romano”, stając się dokumentalistą pontyfikatu papieża Piusa XII. Były to czasy, gdy papież nie opuszczał Watykanu. Potem Mari towarzyszył serdecznemu i dobrodusznemu Janowi XXIII, który zapoczątkował wyjazdy poza Watykan do rzymskich i  włoskich parafii. Papieski fotograf uwiecznił na swych zdjęciach Sobór Watykański II,  pielgrzymki Pawła VI do Jerozolimy, Azji Wschodniej i Australii. Potem dokumentował „chwilę historii”, jak określano krótki pontyfikat Jana Pawła I. A przede wszystkim wyjątkowy pontyfikat, aż 27–letni, papieża Polaka Jana Pawła II. Arturo Mari przez 51 lat był fotografem aż 6 papieży, począwszy od Piusa XII,  na  Benedykcie  XVI  kończąc.  Nigdy nie wziął ani jednego dnia urlopu. W 2007 r. przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jego prace kontynuuje uczeń i asystent Francesco Sforza.
Spotkanie z Arturo Mari w Oleśnie  otworzył występ uczennicy Ireny Żołędź z Państwowej Szkoły Muzycznej - Sylwii Roj, która zagrała „Utwór dziecięcy Es-dur” F. Mendelsona. Krótki film z audiencji u Jana Pawła II w 1993 r., w którym "zagrał" fotograf papieski, wprowadził zebranych w tematykę spotkania. W języku włoskim przywitał gościa Grzegorz Polak, którego osobiste zaangażowanie umożliwiło wizytę Arturo Mari w Oleśnie.  Fotografowi papieskiemu towarzyszył ojciec Albert – paulin z Jasnej Góry. Tłumaczył on z języka  włoskiego słowa A. Mari. Sławny gość opowiadał o Ojcu Świętym, a jego wypowiedź była świadectwem  wielkiej fascynacji osobą Jana Pawła II. Przebywał z nim od 6 rana do późnych godzin wieczornych prawie codziennie. Apartament JP II był zawsze dla niego otwarty. Jak sam wspomina: „Dzięki dobroci papieża czułem się kimś z rodziny.  JP II był dla mnie ojcem.  Jeżeli przez dwadzieścia siedem lat jesteś pół metra od jakiejś osoby, zaczynasz „czuć” jej duszę. Dlatego nigdy nie zapomnę tego, co przeżyłem u boku JP II”. W ostatnich chwilach życia Ojciec Święty wezwał Arturo Mari do siebie i powiedział: „Arturo, z serca dziękuję ci za wszystko”. W czasie spotkania A. Mari opowiedział o  zamachu na Ojca Świętego. Wspominał,  jak ciężko mu było dokumentować te straszne chwile, jak oddany Matce Bożej był wtedy Jan Paweł II. Mówił, jak bardzo jest  przekonany o cudownym ocaleniu papieża  przez Matkę Boską Fatimską.  Opowiadał o drugim zamachu na papieża, którego był świadkiem. O charyzmatycznej osobowości JP II, jego fenomenie oddziaływania na ludzi, zwłaszcza na wielkich tego świata. Wspominał spotkanie  JP II z Michaiłem Gorbaczowem i jego żoną Raisą, dla której JP II był szczególną postacią. Gdy po śmierci Raisy Gorbaczow jej córka Irina na audiencji u JP II wyjęła różaniec, który On podarował jej matce, zapewniła papieża, że modli się na nim. M. Gorbaczow prosił papieża o mszę św. w intencji zmarłej żony Raisy. Jan Paweł II potrafił odważnie zwracać się do przywódców państw, piętnując łamanie  przez nich praw człowieka. Do jednego z  dyktatorów   afrykańskich zwrócił się bezpośrednio:  „Jesteś Pan kryminalistą”. Mari powtarzał to kilkakrotnie. Opowiedział o wielkim sercu Ojca Świętego, jego głębokim zrozumieniu człowieka, szczególnie tego pokrzywdzonego przez los. Osobisty fotograf Papieża Polaka wspominał  Jego wizyty  w afrykańskim szpitalu chorych na AIDS oraz na koreańskiej wyspie, gdzie JP II pobłogosławił 700 trędowatych. Gość dzielił się także anegdotami ukazującymi stosunek dzieci do papieża  i  jego ogromne poczucie humoru. Było to wyjątkowe, niepowtarzalne spotkanie - Jana Pawła II  wspominał człowiek, który znał go tak dobrze,  jak mało kto.
    Po wystąpieniu Arturo Mari Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki podziękował dostojnemu gościowi za wizytę w Oleśnie i podarował oleskie pamiątki: medal prof. Józefa Stasińskiego z motywem znajdującym się na pomniku papieskim w Oleśnie, grafikę Barbary Horteckiej, przedstawiającą pomnik  JP II w Oleśnie, srebrny dukat lokalny 70 Anien, album „Olesno róża wśród lasów” i przewodnik „Bez Olesna ani róż”. Podziękowano także tłumaczowi, ojcu Albertowi. Na zakończenie zespół instrumentalno-wokalny Zespołu Szkół Dwujęzycznych pod kierunkiem Tomasza Grajcara zaprezentował papieską „Barkę”. Występ przygotowany został przez Tomasza Grajcara, Barbarę Żakowską, Gabrielę Jokiel. Atmosfera spotkania była niepowtarzalna.
    Zacny gość przed spotkaniem odwiedził pątniczy kościół św. Anny i wyraził swój zachwyt nad jego piękną  architekturą.
    „Nie zapominajcie Jana Pawła II” - takie słowa skierował do Polaków Arturo Mari podczas jednej z wizyt w naszym kraju.
Nie zapominamy o Janie Pawle II, staramy się kultywować jego pamięć. W naszym mieście upamiętnia go dąb i krzyż papieski na Siedmiu Źródłach, relikwia Błogosławionego JP II  i odsłonięty przed dwoma tygodniami pomnik ku Jego czci w sercu naszego miasta. W Oleśnie odbyła się w 2011 r. IV Krajowa Konferencja „Samorządy RP dla Jana Pawła II" oraz miało miejsce spotkanie muzealne poświęcone pielgrzymkom oleśnian do Papieża Polaka. Dopełnieniem tego papieskiego Memento było obecne spotkanie poświęcone światowej sławy fotografikowi papieskiemu Arturo Mari. 
Ewa Cichoń





Serdecznie zapraszamy na XX Spotkanie Muzealne

plakat JPII spot.muz..pdf


Kardynał Marian Jaworski u św. Anny.


Dyr muzeum E. Cichoń miała zaszczyt oprowadzać Jego Eminencję po sanktuarium św. Anny.


U św. Anny- goście uroczystości odsłonięcia pomnika JP II, prof. J. Stasiński, prof. Z. Błądek, Burmistrz Olesna S. Lewicki, prezes R. Zawadowski.


Przyjaciel Jana Pawła II -Eugeniusz Mróz w naszym muzeum.





Zapraszamy na wystawę
"W hołdzie Janowi Pawłowi II"


plakat papież A4.pdf


W hołdzie Janowi Pawłowi II - wystawa papieska w oleskim muzeum

W dniu narodowego święta upamiętniającego uchwalenie pierwszej w Europie konstytucji - Konstytucji 3 maja i wspomnienie Maryi Królowej Polski odbędzie się w Oleśnie doniosła uroczystość odsłonięcia pomnika Błogosławionego Jana Pawła II. Płyta pomnika nosi w sobie wyraźny oleski akcent. Wykonana wg projektu najwybitniejszego polskiego mistrza  sztuki  medalierskiej  prof. Józefa Stasińskiego nawiązuje do wyjątkowej pielgrzymki oleskich ministrantów do Ojca Świętego w 2001 r.  Ukazano na niej papieża, który  obejmuje dłońmi głowę chłopca. Prototypem tego motywu było zdjęcie wykonane podczas  audiencji  u papieża oleskich ministrantów. Odsłonięcie i poświęcenie tego widocznego symbolu przywiązania Oleśnian do największego naszego Rodaka i jednego z najwybitniejszych w dziejach Kościoła papieży nastąpi po Mszy św. w intencji Ojczyzny pod przewodnictwem Ordynariusza Opolskiego biskupa Andrzeja Czai. W związku z tym wyjątkowym historycznym wydarzeniem Oleskie Muzeum  Regionalne zaprasza na wystawę kartek pocztowych i medali poświęconych Janowi Pawłowi II. Kartki pocztowe zostały udostępnione miejscowemu muzeum dzięki  uprzejmości  Oddziału Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego w Częstochowie. Muzeum w Oleśnie składa serdeczne podziękowania za  możliwość zaprezentowania  zbiorów Wojciechowi Łonakowi - byłemu dyrektorowi tej placówki  i wiceprezesowi PTN Cz-wa oraz Dariuszowi Frączkowi - skarbnikowi PTN Cz-wa. Medale prezentowane na wystawie są własnością  Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie. Serdecznie zapraszamy na wystawę  czynną od 29 kwietnia do 14 maja br.

Ewa Cichoń




kartka str. int.pdf


Dzieci na wielkanocnej wystawie w muzeum





Wielkanocna oleska izba regionalna w miejscowym muzeum

20 marca br w Oleskim Muzeum Regionalnym otwarto wystawę: „Wielkanocna oleska izba regionalna - świąteczna plastyka obrzędowa”, która nawiązuje do zbliżających się najważniejszych  świąt chrześcijaństwa jakim są święta Wielkiej Nocy. Wystawa została zaaranżowana w konwencji oleskiej izby regionalnej, która w poprzednim budynku muzeum była główną atrakcją dla zwiedzających. Odtworzono fragmenty izby, w której szczególnie zaakcentowano świąteczną plastykę obrzędową związaną ze świętami wielkanocnymi.  Na wystawie prezentowane są tradycyjne i współczesne wyroby: kroszonki, pisanki, koszyczki, zajączki, baranki, kurczątka, gaik, obrazki, kartki świąteczne, palmy wielkanocne i zdjęcia Krzyżoków z Borek Małych.  Na święta te przypada cały szereg zwyczajów ludowych, aktualnych do dzisiaj.
 Najbardziej charakterystyczne dla świąt Wielkanocy są kroszanki, kroszonki – znane na Śląsku oraz Warmii i Mazurach, które  powstają przez gotowanie jajka w wywarze barwnym, dawniej uzyskiwanym wyłącznie ze składników naturalnych,  następnie  zdobione techniką rytowniczą. Do ich barwienia używano łupin cebuli, która nadawała jajkom brązowe lub rude zabarwienie, korę dębu, olchy lub łupiny orzecha włoskiego dla czarnego zabarwienia, złocisty kolor nadawała jajkom kora młodej jabłoni lub kwiat nagietka, fioletowy - płatki kwiatu ciemnej malwy, zielony - pędy młodego żyta lub listki barwinka, zaś różowy - sok z buraka. Pisanki to jajka  zdobione techniką batikową. Powstają przez rysowanie (dawniej: pisanie) na skorupce gorącym roztopionym woskiem,  a następnie zanurzenie jajka w barwniku. Jako narzędzi do pisania używano szpilek, igieł, kozików, szydeł, słomek i drewienek. Jajka wycinanki, nalepianki powstają przez ozdabianie skorupki jajka różnobarwnymi wycinankami z papieru szczególnie popularne w Łowickiem i  na Kurpiach, zaś  wyklejanki są przyozdobione sitowiem, płatkami bzu, skrawkami kolorowego, błyszczącego papieru, tkaniny itp. Jajko pełni jedną z najważniejszych funkcji symbolicznych w obrzędowości wielkanocnej. W wielu kulturach było uważane za symbol początku – praźródło istnienia, zdrowia, energii, płodności, szczęścia i wiecznie odradzającego się życia. Stąd w chrześcijaństwie skojarzone zostało ze zmartwychwstaniem Chrystusa.
Najstarsze pokryte wzorami skorupy glinianych jajek pochodzą z Mezopotamii z około 3000 r.  p.n.e.  Jajka malowane na czerwono znane były już w starożytnym Rzymie. Najstarsze polskie jajko, pochodzące z X w., archeolodzy odkopali na Ostrówku w Opolu.
  Zarówno w starożytnej Grecji, Rzymie, jaki i Azji, jajko odgrywało istotną rolę w liturgii kultu zmarłych. Symbolizując początek życia utożsamiane było z krwią jako esencją życia. Stąd też jajka stanowiły cenną ofiarę dla bóstw i dlatego barwiono je głównie  na kolor czerwony. Ponieważ jajko było w wierzeniach wielu ludów symbolem życia i wiosny, dlatego na powitanie wiosny przygotowywano uroczystą ucztę, której podstawowym składnikiem było jajko, a w kulturze chrześcijańskiej – równie uroczyste śniadanie na cześć zmartwychwstałego Chrystusa. Dzielenie się jajkiem podczas uczty wielkanocnej, charakterystyczne dla zwyczajowości polskiej jak dzielenie się opłatkiem podczas wigilii, można uznać za tradycyjny zwyczaj polski, mający swe korzenie w pogańskiej i słowiańskiej obrzędowości. Zwyczaj ten popularny w wielu regionach Polski nie był na Śląsku powszechnie znany. Praktykowano go jednak w wielu wsiach i miastach Opolszczyzny, sporadycznie również w Cieszyńskiem.  Jak zarejestrował w 1903 r. niemiecki ludoznawca, Paul Drechsler, ów zwyczaj istniał również na początku naszego stulecia „na polskim Górnym Śląsku”.
    Dawniej na Górnym Śląsku w okresie świat wielkanocnych dzieci i młodzież (a bywało, że i mężczyźni) bawili się jajkami. Jako najpopularniejsza zabawę należy wymienić walatkę, czyli zabawę „w bitki” zwaną też „na wybitki”. Zabawa ta polegała na stukaniu się kroszonkami,  a zwycięzcą zostawał ten, którego jajko nie zbiło się podczas zabawy. Drugą formą zabawy był konkurs w toczeniu jajek do ducki, czyli do dołka. Toczono wówczas jajka z górki po ziemi bądź po desce, a zwycięzca, którego jajko trafiło do ducki, zdobywał wszystkie jajka, które „pokulały się” w innym kierunku.
Zabawą dziecięcą, która nadal ma wielu zwolenników jest „szukanie zajączka”. Ten zwyczaj obdarowywania dzieci słodyczami jest pochodzenia niemieckiego, pojawił się na Górnym Śląsku w okresie międzywojennym. Rodzice przygotowywali w gniazdkach lub koszyczkach lukrowane cukierki w kształcie jajek  i inne słodycze, ukrywając je w ogrodzie. Współcześnie w zajączkowym gniazdku chowa się nie tylko słodycze, ale i inne prezenty.
Innym, szczególnie dawniej praktykowanym na Śląsku, był zwyczaj chodzenia z gaikiem. Był to  obchód poświęcony witaniu wiosny u ludów słowiańskich. W różnych okolicach funkcjonował  pod różnymi nazwami: gaj, maj, maik, sad, nowe lato, nowe latko, turzyce. Gaik odbywający się zwykle we wtorek po Wielkiej Nocy lub na Zielone Świątki, a niekiedy, niezależnie od tych świąt, w pierwszych dniach maja z reguły łączony był z topieniem Marzanny. Młode dziewczęta (czasem i chłopcy) utopiwszy Marzannę , wnosiły do wsi gałązkę sosnową lub całą choinkę udekorowaną barwnymi wstążkami, świecidełkami, kwiatami i śpiewały:
                Nasz gaik zielony,
                Pięknie przystrojony
                Na naszym gaiku malowane jajka
                Co je malowała opolska kacmarka.

 Takie ustrojone drzewko lub gałązkę obnosi się ze śpiewem po wsiach i dworach, winszując przybycie "nowego lata".
Kolejnym widocznym znakiem Wielkanocy jest palma. Zastępuje ją często gałązka wierzbowa symbolizująca uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy, którego pamiątkę obchodzi Kościół katolicki w tzw. Niedzielę Palmową. Od średniowiecza w Polsce w tym dniu święci się palmy. Palmy robi się przeważnie z wierzby „kokocyny” czasem z orzeszyny i z rokity. Niegdyś do gałązek nic nie dodawano, ale obecnie palmy zatracają swój tradycyjny styl na rzecz barwnych kompozycji z baziami, suchymi kwiatami, czasem sztucznymi i farbowanymi trawami, związanych kolorowymi wstążkami. Symbolika palmy wiąże się ze starym kultem „rózgi życia” –  zielonej  i młodej gałązki, będącej znakiem odradzającej się  przyrody. Głęboka jest wiara w cudowną i uzdrawiająca moc zielonej gałązki.  Z palmami wielkanocnymi wiąże się wiele ludowych zwyczajów i wierzeń:
-poświęcona palma chroni ludzi, zwierzęta, domy, pola przed czarami, ogniem i wszelkim złem,
-połykanie bazi zapobiega bólom gardła i głowy, a sproszkowane kotki dodawane do naparów z ziół mają moc uzdrawiającą,
- bazie z poświęconej palmy zmieszane z ziarnem siewnym podłożone pod pierwszą zaoraną skibę zapewnią urodzaj,
- krzyżyki z palmowych gałązek zatknięte w ziemię bronią pola przed gradobiciem i burzami,
- poświęcone palmy wystawiane podczas burzy w oknie chronią dom przed piorunem,
- poświęconą palmą zanurzoną w wodzie święconej  należy pokropić rodzinę, co zabezpieczy ją przed chorobami i głodem,
-uderzenie dzieci witką z palmy zapewnia zdrowie,
-wysoka palma przyniesie jej twórcy długie i szczęśliwe życie,
- piękna palma sprawi, że dzieci będą dorodne.
Nie sposób sobie wyobrazić  świąt Zmartwychwstania Pańskiego bez stołu wielkanocnego i święconki. Najdawniejsze wzmianki dotyczące stołu wielkanocnego  mówią o chlebie, soli, jajkach, wędzonce, chrzanie i winie oraz specjalnie  pieczonych ciastach (struclach i babach zwanych buchetkami). Później pojawiły się baranki albo zające z ciasta  i wielkanocny  wieniec. Suto lukrowany baranek  z ciasta królował na stołach chodź na Opolszczyźnie często pierwszeństwo dawano zajączkowi. Nieraz pieczono po kilka lub kilkanaście małych zajączków, którymi obdarowywano dzieci chodzące po dyngusie. Piecze się również wielkanocny wieniec, czyli drożdżową plecionkę, którą stawia się na stół wypełniony kolorowymi kroszonkami i ozdobiony gałązkami bukszpanu. Na każdym śląskim stole stały również kołacze, dawniej pieczone zwykle tylko z posypką, obecnie nadziewa się je  serem, makiem, jabłkami. Charakterystycznym  pieczywem wielkanocnym są małe chlebiki, w które zawija się kawałki szynki lub kiełbasy, zwane szołdrami (na Górnym Śląsku – szczodrami lub sodrami). Tymi chlebkami obdarowywały dziewczęta (razem z kroszonkami)  chłopców, którzy przychodzą po dyngusie.
Do oryginalnych dawnych śląskich zwyczajów ludowych około wielkanocnych należą Krzyżoki, kultywowane w Borkach Małych w gminie Olesno oraz  Sternalicach i Kościeliskach w gminie Radłów.  Krzyżoki to konne lub piesze  obchodzenie  pól w Niedzielę Wielkanocną dla uproszenia urodzaju i błogosławieństwa Bożego dla plonów. W Borkach Małych Krzyżoki przyjęły szczególną oprawę. Praktykuje się tam robienie tzw. bram wielkanocnych z wydmuszek. W Wielką Sobotę wieczorem zbierają się wyłącznie kawalerowie w miejscowej remizie strażackiej, aby z ogromnej ilości gromadzonych przez nich wydmuszek wykonać bramę wielkanocną. Przez całą noc żmudnie nawlekają wydmuszki na sznurki ułożone w różnorodne kształty, często z napisami np. Alleluja. Gotowa konstrukcja zawieszana jest między dwoma drzewami w środku wsi.  Co roku brama ma inny kształt i napis. Podczas pracy przygotowywana jest gigantyczna jajecznica, którą  spożywają kawalerowie, po czym odbywa się próba wielkanocnych pieśni. O godz. 3:30 wczesnym rankiem udają się do kościoła, po czym po podśpiewaniu wesołego Alleluja zabierają figurę Chrystusa Zmartwychwstałego, chorągwie kościelne i udają się przy dźwiękach dzwonów na obchód pól.  Krzyżoki przy wtórze pieśni wielkanocnych proszą o błogosławieństwo dla upraw. Wielu mieszkańców wstaje wcześnie rano aby zobaczyć te obrzędy.  O godzinie 6:00 rano obchód kończy się przed kościołem parafialnym, po czym jego uczestnicy biorą udział w procesji i mszy rezurekcyjnej. Krzyżoki,  to prastary, piękny zwyczaj datowany z pewnością na wiek XIX. Hubert Imiołczyk zapisał: „Niektórzy pamiętają też, że kiedyś jeden z rolników nie życzył sobie, by Kzyżoki przeszli przez jego pole. Potem, na skutek gradobicia, które
przeszło tylko nad jego polem(!), miał tak marne plony, że w roku następnym nie robił już żadnych trudności”. Ot, siła tradycji.
Do pradawnych reliktów słowiańskiej obrzędowości związanej z witaniem wiosny należy Śmigus-dyngus. Praktykuje się go w Poniedziałek Wielkanocny, który  był dniem zabaw i wzajemnych odwiedzin. Najbardziej znaną i praktykowaną po dziś dzień zabawą jest oblewanie wodą dziewcząt i kobiet. Dziewczęta obdarowywały oblewających ich kawalerów kroszonkami, których kolory i wypisane sentencje miały znaczenie informacyjne o zamiarach i nadziejach dziewczyny wobec chłopaka. Dyngus stawał się również okazją do rozpoczęcia  oficjalnych zalotów. W ten sposób obrzęd nabierał dodatkowego znaczenia społecznego.
                „Przyszli my tu po śmierguście
                jeno nas do izby puście
                piyknie dziouchy polejemy,
                podłogi nie zalejemy.
                Dajcie jajca malowane
                i kołoczki cukrowane,
                dejcie jajce pięć,
                a byda wasz zięć”.

                                 A. Dygacz, „Po śmierguście”
Polanie wodą, nawet przesadne, uważane było powszechnie przez dziewczęta  za wyróżnienie i przejaw sympatii, podobania się i ogólnego uznania. Pominięcie przez dynguśników domu w którym mieszkała panna uchodziło za dyshonor dla domowników.  Obydwa terminy – śmigus – dyngus pierwotnie oznaczały odmienne zwyczaje: dyngusować – otrzymywać wykup, śmigus – uderzanie gałązką wierzbową i oblewanie wodą, od dawna przybrały jednak wspólne znaczenie. Zwyczaje te faktycznie się połączyły, tj. polewanie wodą i  chłostanie (uderzanie) gałązkami oraz obdarowywanie polewających. Obrzędowa chłosta witkami wierzby lub brzozy nie wszędzie na Śląsku była znana. Najszerzej stosowano je w Cieszyńskim.
Tak więc, w wielkanocnej obrzędowości katolickiej spotkać można relikty pradawnych pogańskich wierzeń, które Kościół z czasem adoptował i nadał im chrześcijańską interpretację. Zabiegi te były nie tylko konieczne, ale i możliwe, gdyż w zwyczajach tych tkwiły myśli i sens bardzo w zasadzie podobne do tych, które propagował Kościół.
Na wystawie można  podziwiać rękodzieło ludowe związane ze świętami Wielkanocy artystów z Olesna i okolic: Barbary Horteckiej z Olesna, Sylwii Świtały z Olesna, Barbary Górok z Olesna,  Justyna Jury – Górok z Olesna, Sabriny Abtouche z Olesna, Ireny Szulc z Borek Wielkich, Katarzyny Kubosz z Borek Wielkich, Doroty Palewicz z Praszki, Warsztatu Terapii Zajęciowej w Oleśnie, Środowiskowego Domu Samopomocy w Sowczycach, prace pokonkursowe MDK w Oleśnie. Zaprezentowano także  kilkadziesiąt zdjęć Krzyżoków, które są własnością Marii Świtały z Borek Małych i Huberta Imiołczyka z Borek Wielkich. Na otwarciu wystawy byli: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki, dyrektor Oleskiej Biblioteki Publicznej Halina Szklanna, dyrektor MDK Ernest Hober, naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Renata Płaczek-Zielonka, dyrektor Żłobka Miejskiego Elżbieta Stengritt - Talik, kierownik Środowiskowego Domu Samopomocy w Sowczycach Katarzyna Balcerzak z podopiecznymi, uczestnicy  Warsztatu Terapii Zajęciowej w Oleśnie, fotografik Mirosław Dedyk i zainteresowani wystawą mieszkańcy Olesna. Wielkanocną oleską izbę regionalną można obejrzeć od 20 marca do 22 kwietnia br. Serdecznie zapraszamy.
Ewa Cichoń




Zapraszamy na wystawę

plakat wielkanoc.pdf


„Afryka w sercu oleskiej misjonarki”- XIX Czwartkowe Spotkanie Muzealne

21 lutego 2013 r. odbyło się XIX Czwartkowe Spotkanie Muzealne zatytułowane  „Afryka w sercu oleskiej misjonarki”. Zostało ono poświęcone pracy misyjnej w Afryce pochodzącej z Olesna Siostry  Dolores, która po 20 latach pracy na Czarnym Lądzie w czerwcu 2012 r. powróciła do kraju.   Dolores to zakonne imię Doroty Zok  urodzonej w Oleśnie, która po ukończeniu LO,  idąc w ślady swojego starszego brata Ojca Werbisty  Joachima Zoka, postanowiła zostać misjonarką.  Po maturze przez rok pracowała w szkole podstawowej w Grodzisku. W 1983 r. wstąpiła do Zgromadzenia Misyjnego Sióstr Służebnic Ducha Świętego w Raciborzu. Po złożeniu ślubów uczyła się pielęgniarstwa w Niemczech.  Po powrocie do Raciborza w 1991 r.  złożyła w domu macierzystym śluby wieczyste. Ponieważ jej  pierwszą placówką misyjną miała być dawna kolonia portugalska - Angola, została skierowana do Portugalii w celu nauczenia się tamtejszego języka.  Po przybyciu w 1993 r. do  Angoli   posługiwała ludziom bardzo ciężko dotkniętym przez los – trędowatym, opuszczonym,  dzieciom ulicy,  a od 1997 r.  r. zajmowała się w Luandzie z dziećmi zarażonymi wirusem HIV oraz chorymi na AIDS. Pracując tam w bardzo trudnych warunkach, w atmosferze bratobójczej wojny, biedy i głodu, doświadczyła chorób tropikalnych z malarią na czele. Angola to kraj ludzi pozbawionych domów, rodzin, naznaczonych  nieludzkim okrucieństwem. Po 14-letniej wojnie partyzanckiej, w 1975 Angola uzyskała niepodległość. Portugalia przekazała władzę Ludowemu Ruchowi Wyzwolenia Angoli - MPLA, organizacji o marksistowskich korzeniach i wspieranej przez ZSRR. Tuż potem doszło do wybuchu wojny domowej pomiędzy organizacjami wyzwoleńczymi, wspieranym zbrojnie przez Kubańczyków Ludowym Ruchem Wyzwolenia Angoli (MPLA) i wspieranym przez RPA oraz USA - Narodowym Związkiem na rzecz Całkowitego Wyzwolenia Angoli (UNITA). W 1991 r. obie frakcje zgodziły się na utworzenie dwupartyjnego systemu rządów. Jednakże po wyborach, wygranych przez obecnego prezydenta (wywodzącego się z MPLA) i zakwestionowaniu ich wyników przez UNITA, wznowiono działania wojenne. Zakończono je w 1994 podpisaniem porozumienia pokojowego w Lusace. Już cztery lata później walki wybuchły z nową siłą. 22 lutego 2002 śmierć Jonasa Savimbi - przywódcy UNITA, doprowadziła do kolejnego zawieszenia broni. Sytuacja w kraju zaczyna ulegać poprawie, jednakże prezydent José Eduardo dos Santos nie zdecydował się jak dotąd na przywrócenie demokratycznego sposobu sprawowania władzy, zawieszonego w 1998. W 2007 prezydent José Eduardo dos Santos zobowiązał się do rozpisania nowych wyborów. Odbyły się one 5 i 6 września 2008. Trwająca 26 lat wojna domowa zniszczyła polityczne i społeczne organizacje. Według szacunków ONZ 1,8 mln osób zostało zmuszonych do opuszczenia własnych domów, a życie 4 mln uznaje się za dotknięte działaniami wojennymi.  W takich warunkach pracują misjonarze, wolontariusze i inni ludzie dobrej woli. W takich warunkach pracowała siostra Dolores, którą w 2002 r. skierowano do Republiki Południowej Afryki  w celu założenia tam misji dla chorych na AIDS i dzieci osieroconych. W nowej  placówce misyjnej  pracowała w klinice św. Józefa  z siostrami z Indii, Argentyny i Indonezji. Statystycznie  RPA zajmuje pierwsze miejsce w świecie co do liczby zarażonych wirusem HIV.  Początki RPA to dwie burskie republiki Transwal i Orania. Burowie byli potomkami przybyłych tam w XVII w. białych osadników holenderskich. Po wojnach burskich z Wielka Brytanią w 1910 r. utworzono dominium brytyjskie Związek Południowej Afryki, przekształcony w 1961 r. w Republikę Południowej Afryki. Do pocz. lat 90. XX w. obowiązywał w tym kraju rasistowski system społeczny rządów białej mniejszości (apartheid). Postacią symbolizującą walkę z państwem prześladującym czarnoskórych obywateli był Nelson Mandela, więziony przez 26 lat. W 1990 r., za rządów prezydenta F.W. de Klerka, rozpoczęto stopniowy demontaż systemu apartheidu i wprowadzanie demokracji. Za swój wkład w demokratyczne przemiany Mandela i de Klerk otrzymali wspólnie w roku 1993 pokojową Nagrodę Nobla. Od wolnych wyborów w 1994 r., władzę sprawuje reprezentujący czarnoskórą większość Afrykański Kongres Narodowy. Mimo niepokojów społecznych, RPA pozostaje najbardziej rozwiniętym gospodarczo krajem na kontynencie i piątym na półkuli południowej. Wydobywa się tam  złoto, które stanowi 40% światowych zasobów, diamenty jubilerskie i przemysłowe (80% zasobów Afryki), nadwyżki wyprodukowanej żywności  są eksportowane. RPA to kraj, w którym mieszkają ludzie niezmiernie bogaci obok żyjących w skrajnym ubóstwie. To kraj kontrastów. Siostra Dolores swoje wspomnienia, wrażenia i przeżycia związane z pracą na  misjach  opisała w książkach „Idź za głosem serca” i  „Mądrość Afryki”. Tą ostatnią można było  nabyć  podczas spotkania. Fragmenty książek drukował „Oleski Telegraf”, a  felietony S. Dolores ukazują się  na łamach „Gościa Niedzielnego” w rubryce  „Opowieści”.
     Po powrocie do kraju siostra Dolores pracuje w duszpasterstwie akademickim „Resurexit” w Opolu, współpracując z duszpasterzami akademickimi: ks. Eugeniuszem Plochem i oleśnianinem ks. Marcinem Cytryckim. – „W Duszpasterstwie Akademickim  chciałabym przede wszystkim dzielić się z młodymi swoim życiowym doświadczeniem Boga. Ludzie ubodzy, z którymi żyłam przez ostatnie 20 lat, nauczyli mnie życia i doświadczania Boga, który jest i który kocha nas całym sercem. Prości ludzie, pokonani przez chorobę, nałogi, rodzinne dramaty, ból rozstania z ukochanymi właśnie tego mnie uczyli. Kocham Boga ludzi biednych, odrzuconych, tych, którzy zbyt szybko odchodzą, a mimo to mają siłę, by kochać. Tak widzę swoje miejsce w duszpasterstwie akademickim - mówi s. Dolores. Została także przełożoną domu zakonnego w Opolu. Prowadzi audycję w diecezjalnym Radio Plus Opole „Serce dla Misji” z Marleną Płaską. W każdą niedzielę o godz. 19:45  można ją usłyszeć na falach eteru. W ubiegłym roku świętowała 25-lecie swoich ślubów zakonnych w trzecim dniu odpustu św. Rocha.  Siostra Dolores jest osobą bardzo aktywną, która realizuje swoje powołanie przede wszystkim poprzez czynienie dobra innym, zwłaszcza tym, którzy są potrzebujący. Jako pielęgniarka zbierała z ulic osierocone dzieci, ratowała zdrowie, otarła się o choroby, nędzę, nałogi, rodzinne  dramaty, pracując w bardzo trudnych warunkach: bez prądu,  pożywienia, odzieży i leków.
     Podczas spotkania ze swoimi krajanami barwnie, ciekawie, z charakterystyczną dla siebie głębią dzieliła się swoim zachwytem nad Afryką i mieszkającymi tam ludźmi, odpowiadała na pytania. Mówiła o kobietach Afryki i ich etosie.   Zaprosiła do Olesna dwie współsiostry Aldonę i Agnieszkę oraz Ojców Białych Otto Katto Asimwe i Dariusza Zielińskiego ze Zgromadzenia Misjonarzy Afryki, które założył arcybiskup Algieru, późniejszy pierwszy kardynał w Afryce Karol Lavigerie w 1868 r.   W Polsce zgromadzenie to posiada tylko jeden dom zakonny w Lublinie. Stamtąd przyjechali  do nas ojcowie. Ojciec Otto grał na bongosach, bębnie, tańczył, śpiewał  i pięknie mówił o prostocie ludzi Afryki, o wyrażaniu uczuć także w liturgii. „Europejczyk mówi i postępuje tak jak myśli, Afrykańczyk mówi i postępuje tak jak czuje, jak podpowiada mu jego serce”. Otto to imię, które otrzymał na chrzcie, Katto to nazwisko jego ojca, zaś Asimwe oznacza „podziękowanie”. Jest rodowitym Afrykańczykiem  z Ugandy, urodzonym nad równikiem. Jego dziadek wyznawał religie afrykańskie. Rodzice byli chrześcijanami. On sam chciał zostać misjonarzem, dlatego wstąpił do Braci Białych - pierwszych misjonarzy w Ugandzie. Przez 9 lat pracował na misjach w Mali. Obecnie przebywa w Polsce - uczy misjonarzy języka, odwiedza parafie i szkoły, dzieli się wiedzą o misjach i Afryce. Opowiada o świętych męczennikach z Ugandy, zabitych przez króla Mwange w 1886 r. w Namugongo.  Najmłodsi z nich mieli  12 lat i nawet dla niechrześcijan są bohaterami. Jak przyznaje, chociaż zwiedził wiele zakątków świata, to w Polsce czuje się jak w domu. Bo Polskę i Afrykę łączy silna wiara w Boga. Promieniuje szczęściem, które swe źródło ma w Bogu. Ojciec Dariusz Zieliński, pracujący niegdyś  na misjach w Mali i Algierii, zebranym przybliżył zjawisko poligamii w kulturze afrykańskiej. Ojcowie przywieźli ze sobą wiele instrumentów muzycznych, przedmiotów codziennego użytku, ubrań, rzeźb, zabawek, barwnych  tkanin w celu przybliżenia tradycji, kultury i realiów życia codziennego mieszkańców czarnego kontynentu. Spotkanie nie było wykładem, misjonarze rozdawali  instrumenty muzyczne zebranym, wybranych uczestników ubrali w afrykańskie stroje i porwali do śpiewu i tańca  uczestników  spotkania. Konkluzją tego spotkania może być zdanie: „Że nasz świat-świat cywilizacji zachodniej wydaje się być światem anonimowych indywidualności, świat Afryki to świat, który nastawiony jest na rodzinę, sąsiadów i innych”. Spotkanie swoją obecnością zaszczycili: rodzina siostry Dolores z mamą siostry - Dorotą Zok, proboszcz Walter Lenart, prałat Zbigniew Donarski, radni miejscy: Maria Kaniuka, Krzysztof Baron, skarbnik Gminy Jan Jaskólski, naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Bogusława Szychowska, dyrektor ZSD Jerzy Jeziorowski, dyrektor Publicznego  Gimnazjum nr 1 Janusz Wojczyszyn, dyrektor Publicznej Szkoły Podstawowej nr 3 Teresa Wiecha, dyrektor Oleskiej Biblioteki Publicznej Halina Szklanna, fotograf Mirosław Dedyk i lokalne media  Czwartkowe spotkanie muzealne z siostrą Dolores i misjonarzami było najbardziej energetycznym i radosnym  ze wszystkich dotychczasowych takich spotkań. Duża sala MDK wypełniona po brzegi rozkołysała się w rytm afrykańskiej muzyki Banga Banga.
Ewa Cichoń




Serdecznie zapraszamy na 
XIX Czwartkowe Spotkanie Muzealne


plakat XIX spot. muz..pdf 
 

  150 rocznica powstania styczniowego - Oleśnianie w powstaniu styczniowym

150 lat temu wybuchło największe z polskich powstań narodowych – powstanie styczniowe, którego 50-ta rocznica przypadła jeszcze w czasach zaborów, a setna rocznica  w okresie gomułkowskiego PRL-u. Nie mogły więc one być godnie celebrowane. Dlatego dzisiaj, kiedy cieszymy się wolnością, gdy Senat Rzeczpospolitej Polskiej ustanowił rok 2013 Rokiem Powstania Styczniowego,  organizowane są  obchody  upamiętniające  150 rocznicę jednego z najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski, które od pokoleń kształtuje naszą tożsamość narodową. Uroczystości rocznicowe powinny być nie tylko wyrazem hołdu  dla poświęcenia i ofiary uczestników tamtych wydarzeń, ale także wyrazem pielęgnowanego kultu odpowiedzialności oraz obowiązku wobec ojczyzny, która  łączy i scala Polaków. W tym duchu przemawiał Prezydent RP Bronisław Komorowski: „Jestem przekonany,  że możemy wspólnym wysiłkiem pokazać, że historię mamy jedną, nie ma paru historii, są zawsze pokusy, aby pisać ją na nowo. Ale mamy przeszłość wspólną. Powstanie styczniowe, pamięć o nim jest niebywałą okazją do budowania zrozumienia dla wspólnoty losów wykraczających poza granice państwa polskiego, wykraczające także poza granice narodu polskiego. Powstanie styczniowe jest ważne także dla zrozumienia tego, co nas łączy  i powinno łączyć w wymiarze ponadnarodowym z narodami sąsiednimi”.
 Pomimo klęski tego  ostatniego  romantycznego zrywu narodowowyzwoleńczego spowodowanej miażdżącą przewagą militarną wroga,   przetrwało ono w świadomości Polaków, stając  się potężnym impulsem dla narodowej kultury, która ukształtowała kolejne pokolenia Polaków, zdolne do  odzyskania niepodległości Ojczyzny w 1918 r.  Mimo wielu represji popowstaniowych ze strony władz carskich stanowiło  ono moment zwrotny w tworzeniu  się nowoczesnego narodu ze świadomością wszystkich jego warstw społecznych. To w tym powstaniu Polacy wykazali się umiejętnością organizowania skutecznego aparatu państwowego  w najtrudniejszych warunkach.  To wtedy wypracowano zasady konspiracji, z których czerpały kolejne pokolenia.  Państwo podziemne w okresie powstania styczniowego, tam gdzie  i jak długo było to możliwe, ściągało podatki, pobierało rekruta, wymierzało kary zdrajcom, organizowało powstańczą pocztę, rozbudowało system łączności. Niewątpliwie z tego dziedzictwa w okresie okupacji czerpali twórcy  Polskiego  Państwa Podziemnego. W celu poznania zasad polskiej konspiracji historycy niemieccy w okresie II wojny św. opracowali studium o powstaniu styczniowym.  Choć zakończyło się ono klęską i zatrzymało na mniej więcej 50 lat polskie dążenia do wolności, to właśnie powstanie styczniowe, jego legenda i etos legły u podstaw odrodzonej Polski.   Na niej wychowywała się kolejna generacja patriotów.  Józef Piłsudski wyrastał w duchu ideałów  powstania styczniowego, natchnieniem dla  walczących o niepodległość Polski  Legionistów byli weterani  powstania z 1863 r., których  otaczano czcią i którym oddawano honory wojskowe. Z ducha powstania styczniowego wywodzi się powstanie warszawskie, w którym podobnie jak powstańcy styczniowi podjęto walkę przy niepewnych szansach, jeśli trzeba, mimo wszystko. Z kolei pamięć powstania warszawskiego odegrała ogromną  rolę w najbardziej udanym polskim zrywie wolnościowym, jakim było powstanie Solidarności. 
  Powstanie styczniowe wybuchło 22 stycznia 1863 r. i trwało do jesieni 1864 r. Ogłoszone manifestem 22 stycznia 1863 r. wydanym w Warszawie przez Tymczasowy Rząd Narodowy, spowodowane zostało narastającym rosyjskim terrorem wobec polskiego biernego oporu. Zasięgiem objęło zabór rosyjski: Królestwo Polskie oraz ziemie zabrane – Litwę, Białoruś i część Ukrainy. To największe polskie powstanie narodowe miało charakter wojny partyzanckiej, w której stoczono ponad 1200 bitew i potyczek. Mimo początkowych sukcesów zakończyło się klęską. Śmierć poniosło kilkadziesiąt tysięcy poległych w walkach, tysiąc zostało straconych, 38 tysięcy  skazano na katorgę lub zesłano na Syberię.  10 tysięcy  Polaków wyemigrowało. Mimo takiego bilansu powstanie styczniowe zyskało poparcie międzynarodowej opinii publicznej, zyskało  rozgłos w Europie, zyskało wielu sympatyków i ochotników także z innych krajów.  Wśród wielu walczących w jego szeregach wyróżnili się Rosjanie, Józef Hauke-Bosak, powinowaty cara Aleksandra II i  Andriej Potiebnia, Włoch - Francesco Nullo - przyjaciel i powiernik Giuseppe Garibaldiego  oraz  francuski wojskowy i organizator żuawów śmierci Francois  Rochebrune.  Oprócz cudzoziemców do powstania styczniowego garnęli się ochotnicy nie tylko z zaboru rosyjskiego, pruskiego i austriackiego, ale także z regionu Górnego Śląska. Opracowania: Odorkiewicza  E., Śląsk a powstanie styczniowe, w:  „Zaranie Śląskie”, R. XXIII, 1960, z. 1, s.3-20, i Korzyści, jakie miałbym po wyzwoleniu Polski, Dokumenty śląskie z lat 1863-1864, w: „Zaranie Śląskie” R. XXX, 1967, z. 4, s. 765-780 ukazują stosunek ludności Śląska  do powstania styczniowego  w oparciu o materiały śląskich landratur i prasy niemieckiej.   W publikacji niemieckiego  historyka Latermanna  Oberschlesien und die polnischen Aufstände im 19 Jahrhundert, w: „Zeitschrift des Vereins fűr Geschichte Schlesiens”,  t. 64:1930, s. 263-280 figuruje  informacja o powstańcu styczniowym, ochotniku z Olesna – synu miejscowego introligatora W. Suessmannie, który w liście z 25 lipca 1863 r. adresowanym  do rodziców i do sądu gminnego w Osowcu Śląskim, pisał, że pochodzący stamtąd praktykant myśliwski A. Bertram zginął w postaniu styczniowym. Sussman,  będąc  magazynierem powstańczych składów amunicji,  przedzierał się na Śląsk incognito w celu zakupienia tam broni palnej i werbowania ochotników do powstania. Wraz z nim do powstania poszli dwaj inni mieszkańcy Olesna  o nazwiskach  Murra i Jatzik (Jaczyk). Trzej oleśnianie walczyli w oddziale pułkownika  Zygmunta Chmielińskiego (1835-1863)   w „strasznej bitwie” . Z pewnością była to bitwa, którą  stoczył oddział Chmielińskiego  z  pułkownikiem Ernrothem pod Złotym Potokiem w dniu 6 lipca 1863 r., która zakończyła się wycofaniem powstańców w kierunku Lelowa i Koniecpola.  Kolejnym znanym ze źródeł powstańcem styczniowym z Oleskiego był ekonom ze Zdziechowic Siegroth Fedor, wzięty  do rosyjskiej niewoli i  wydany władzom pruskim.  Powstanie styczniowe zasilali także ochotnicy dezerterujący z armii pruskiej.  W Breslauer Zeitung, nr 263 z 10 czerwca 1863 r. zanotowano, że w nocy z 6 na 7 czerwca 1863 r. zdezerterował z warty ze wsi Zawisna 30-letni żołnierz o nieznanym nazwisku z 8 kompanii 50 pułku piechoty, zabierając ze sobą broń i 90 naboi. Nie można odtworzyć dokładnej liczby powstańców z terenu Oleskiego, ochotnicy w obawie przed represjami nie przyznawali się do udziału w powstaniu, a władze pruskie nie rozgłaszały na ten temat wieści. Często walczyli pod przybranymi nazwiskami lub pseudonimami.  Na ten proceder natomiast reagowały władze rosyjskie. Wywiad rosyjski meldował władzom pruskim m.in.: że w powiecie oleskim zbierali się po dworach napływowi robotnicy rolni z zamiarem wzięcia udziału w powstaniu.  Raport pruskich urzędników  z dnia 20 września 1863 r. podaje, że między 22 a 27 sierpniem 1863 r. władze rosyjskie w Wieluniu wydały Prusakom kilkunastu poddanych pruskich wziętych do niewoli podczas powstania styczniowego.  A. O Klausmann w Oberschlesien vor 55 Jahren und wie ich es wiederfand, wydanym w Katowicach w 1911 r. na s. 59 podaje: „Wszędzie na Górnym Śląsku były portrety dzielnego wodza Polaków i jego kobiecego adiutanta oraz barwne, choć brzydkie obrazki, sławiące bohaterskie czyny kosynierów” . Tym polskim wodzem był dyktator powstania Marian Langiewicz, a kobiecym adiutantem Henryka Pustowójtówna. Władze pruskie, aby zapobiec dezercjom żołnierzy i przedzieraniu się do Kongresówki ochotników cywilnych, ściągnęły na tereny przygraniczne wojska z garnizonów górnośląskich oraz  z Dolnego Śląska. W tym niespokojnym okresie działali także na ternie Górnego Śląska i w Oleskiem tajni emisariusze. Głównym ich celem był zakup broni i amunicji. Brali, co się dało, często nawet przestarzałe karabiny, strzelby myśliwskie, szable i bagnety. Na terenie Olesna i okolic znajdowały się drogi przerzutowe broni i amunicji, funkcjonowały tam łączność pocztowa i transport kolejowy. W dniu 2 lutego 1863 r. Kozacy skonfiskowali  w Bodzanowicach proch i broń, przeznaczoną dla powstańców w Kongresówce. Najczęściej przemycano je w bryczkach lub wagonach kolejowych z podwójnym dnem. Plombowane wagony kierowano do Austrii, ponieważ nie były one kontrolowane po pruskiej stronie. Taki wypadek miał miejsce w Oleśnie 17 maja 1863 r. „Breslauer Zeitung” z 1863 r.  donosi, że  w dniu 13 maja zastrzelono w Oleśnie przemytnika, który zamierzał dostarczyć powstańcom broń lub amunicję. Jednym z następstw powstania styczniowego był wzrost kontaktów mieszkańców Oleskiego z Polakami z Kongresówki. Od wiosny do lipca 1864 r. oleska landratura wystawiła aż 260 paszportów i 4500 przepustek do Królestwa Polskiego.
   Udział ochotników z terenów Górnego Śląska, który od XIV w. oderwany był   od Państwa Polskiego, jest świadectwem współuczestnictwa tego regionu w powstaniu styczniowym  i budzącego  się odrodzenia narodowego.  W źródłach zachowały się tylko 4 nazwiska uczestników  powstania styczniowego z terenu powiatu oleskiego, ale   z pewnością było ich  więcej. Ich następcy  pół wieku później w czasie powstań śląskich walczyli o ideały,   za które walczyli i ginęli powstańcy styczniowi.

„Kraj, który ma takich żołnierzy, musi być wolnym i potężnym. Ojczyzna i historia Was  nie zapomni.” Marian Langiewicz



Ewa Cichoń






 Nowa wystawa w muzeum

16 stycznia 2012 r. miało miejsce otwarcie wystawy „Płonąca kolekcja - wystawa zapalniczek Piotra Polaczka” w Oleskim Muzeum Regionalnym. Prezentowane na niej zbiory oleskiego kolekcjonera Piotra Polaczka są imponujące. Liczą one ponad 2 tysiące zapalniczek z różnych rejonów świata i z różnych okresów historycznych. Na wystawie wyeksponowano zapalniczki z Europy, Stanów Zjednoczonych i Australii, od najstarszych z okresu międzywojennego i z czasów II wojny światowej po współczesne. Mieszkający w Oleśnie Piotr Polaczek od 18 lat realizuje swoje hobby, tworząc prywatną kolekcję zapalniczek, które sam kupuje, wyszukuje lub otrzymuje w prezencie od znajomych. Zgromadzona kolekcja zajmuje znaczną część jego mieszkania, a poprzez tę wystawę została udostępniona mieszkańcom Olesna. Znajdują się tam zapalniczki o przeróżnych kształtach: pistolety, figurki zwierząt, puszki piwa, telefony komórkowe, flakony na perfumy, samochody, granaty, zabawki...

Na wystawie ukazano także historię ognia, zapałek i zapalniczek. Pierwszą zapalniczkę zwaną Lampą Döbereina skonstruował w 1823 r. Johann Wolfgang Döbereiner. Bazowała ona na zjawisku samorzutnego zapalania się wodoru w obecności gąbczastej platyny. Obecnie najczęściej spotykane są zapalniczki zasilane benzyną lub skroplonym gazem. Zapalniczki benzynowe często określane są w Polsce mianem zapalniczek zippo, od firmy Zippo, która zasłynęła ich produkcją. Zapalniczki takie uzyskują płomień w wyniku spalania benzyny, przechowywanej w absorbującym materiale, a wydobywanej na zewnątrz przy pomocy knota od razu po otwarciu zapalniczki. Gasi się je poprzez zamknięcie, a zapalane są przy użyciu krzesiwa. Są to zapalniczki, które można wielokrotnie napełniać. Z kolei zapalniczki gazowe spalają butan, przechowywany wewnątrz zapalniczki w stanie skroplonym. Gaz wydostaje się na zewnątrz zazwyczaj dopiero po naciśnięciu specjalnego przycisku. Otwiera się wtedy zaworek zbiornika z gazem, a ciśnienie powoduje jego wyrzucanie i mieszanie się z powietrzem. Zapalniczkę gasi się poprzez zwolnienie przycisku, które powoduje zamknięcie zaworu i odcięcie dopływu gazu. Dostępne są zarówno zapalniczki jednorazowe, jak i takie, które można napełniać. Często spotykane są również zapalniczki, wykorzystujące do uzyskania zapłonu iskrę elektryczną. Do jej uzyskania najczęściej wykorzystywana jest piezoelektryczność, a dużo rzadziej inne źródła potencjału (np. akumulatory). Zapalniczki takie odporne są na wilgoć i używa się ich łatwiej niż gazowych zapalniczek z krzesiwem, gdyż do ich uruchomienia wystarczy wciśnięcie jednego przycisku.

Zanim zaczęto używać zapalniczek korzystano z zapałek. Pierwsze zapałki wynaleziono w 508 r. w Chinach. Składały się one z patyka sosnowego z główką z siarki. Pierwsze zapałki w Europie wykonał w 1805 r. w Paryżu Jan Christian Chancel. Ich zapalenie następowało przez zanurzenie końca specjalnie spreparowanej drewnianej drzazgi w stężonym kwasie siarkowym. W 1826 r. angielski aptekarz John Walker wynalazł zapałki składające się z chloranu potasowego, siarczku antymonu i krochmalu. Zapalały się przez potarcie o papier ścierny z powierzchnią wykonaną z mielonego szkła. W 1833 r. Anglik S. Jones zaczął produkować w Londynie zapałki fosforowe. W 1893 r. – Schwierung wynalazł zapałki, zapalające się o każdą powierzchnię (składające się z ołowianu potasowego K4PbO4 i fosforu czerwonego).

Od zarania dziejów człowieka na ziemi ogień był postrzegany jako coś wyjątkowego. Chronił przed zimnem, służył do przygotowania pożywienia, odstraszał zwierzęta i wrogów, oświetlał ciemności, a przez to dał początek wierzeniom religijnym. W różnych kulturach i epokach przypisywano mu znaczenia symboliczne; był np. symbolem życia, energii witalnej, pierwiastka męskiego. Ogień bywał też źródłem katastrof: pożarów, stąd – oprócz symboliki pozytywnej – bywa w różnych kulturach symbolem gwałtowności wzbudzającej grozę. Dla Indoeuropejczyków ogień to symbol podboju natury przez człowieka, bowiem zwierzęta nie potrafią rozniecić ognia. Wynalezienie sposobu podtrzymywania ognia, a później jego wzniecania sprzyjały rozwojowi życia społecznego. W epoce brązu kult ognia związany z kultem solarnym przyczynił się do zmiany obrządku pogrzebowego. Pochówek szkieletowy zastąpiono ciałopaleniem. Wierzono, że ogień, spalając zwłoki ludzkie, dokonuje ich transformacji, a dym unoszący się ze stosu pojmowano jako medium duszy.

W starożytnych Indiach Ariowie czcili ogień jako dawcę życia i siłę zdolną zniszczyć świat w kosmicznym pożarze. Najważniejsza ofiara Ariów, agni-hotra, była związana z ogniem. Do dzisiaj hinduiści, i nie tylko oni, wlewają ofiarę (najczęściej w postaci roztopionego masła) do domowego paleniska. O znaczeniu ognia świadczy fakt, że małżeństwo zawarte w obliczu ognia uchodziło za nierozerwalne. To z Indii pochodzi pogląd, że asceza (tapas) jest ognista, doświadczana w postaci trawiącego ognia. Słowo tapas oznacza „być gorącym”, „być żarliwym”, „płonąć”, „niszczyć”, „palić”, „odczuwać ból” i w szczególny sposób wiąże się z wytrwałą ascezą. Jedną z form tradycyjnej indyjskiej ascezy jest wielogodzinna medytacja w upał w środku czterech (albo pięciu) ognisk. Według Dharmaśastry Wasiszthy świat Brahmy osiąga się poprzez wejście w ogień.

Stary Testament jest pełen symboliki dotyczącej ognia. W Biblii dominuje przekonanie, że Bóg (Pwt 4.24), aniołowie (Wj 3.2) i jego słudzy (Ps 104.4), mają naturę ognia. Raju ziemskiego strzegą ognisty mur i ognisty miecz. Jahwe objawił się Mojżeszowi w płonącym krzewie (Wj 3, 1-4) i zstąpił na górę Synaj „w ogniu” (Wj 19.18) oraz prowadził Izraelitów przez pustynię pod postacią słupa ognia. Bóg manifestował swoją chwałę w ogniu (Wj 24:17). Przyjmował ofiary przez całopalenia. Ogień jest symbolem ostatecznego sądu i kary dla niewiernych (Ap 19:20 ; 20:10-14).

W starożytnej Persji czczono głównego boga i stwórcę świata Ahura Mazdę pod postacią ognia płonącego w świątyniach. Kult ognia jako najczystszego twóru boga pełni szczególnie znaczącą rolę w do dziś praktykowanej perskiej religii Zaratustry. Magowie wierzyli, że opanowanie ognia da im władzę nad bogami i demonami mającymi ognistą naturę, oraz nad ludzkimi emocjami o równie „ognistym” charakterze. Każdego ranka magowie pozdrawiali wschodzące słońce jako symbol najczystszego ognia, a gwieździe i płomieniowi, w których się on objawiał, składano hołdy godne bogów.

W mitologii greckiej Prometeusz wykradł bogom ogień i nauczył ludzi, jak go używać. Także bogowie greccy, np. Tyfon czy Artemida, jawili się w ognistych epifaniach. Olimpias (Olimpiada) po ognistej epifanii Zeusa poczęła Aleksandra Wielkiego. Kasandra w Agamemnonie Ajschylosa w wyniku ognistej epifanii Apolla została przez niego pochwycona i porwana. Menady z Bachantek Eurypidesa miały ogniste epifanie Dionizosa. Ino z Prometeusza w okowach Ajschylosa w stanie ekstatycznym czuła wewnętrzny ogień. Ogień buchał z ust proroka i cudotwórcy Eunusa, kapłana bogini syryjskiej Atargatis, opisanego przez Diodora Sycylijskiego. Bogini Tetyda dzięki kąpieli w ogniu usiłowała zapewnić nieśmiertelność swojemu synowi Achillesowi. Boginią ogniska domowego była Hestia. W starożytnej Grecji każde nowo narodzone dziecko, piątego dnia po urodzeniu, obnoszono dookoła ogniska, oddając je Hestii w opiekę. Matka panny młodej rozpalała pierwszy raz ogień w nowym domu płomieniem pochodzącym z jej świątyni. Gość, przychodząc do domu, gdzie nie był mile widziany, musiał złapać się krawędzi ogniska i odtąd gospodarze nie mogli mu nic zrobić. W kulturze helleńskiej cześć oddawano Feniksowi – ptakowi o pięknym złoto-purpurowym upierzeniu, śpiewającemu melodyjnym płaczliwym głosem, który swoim wyglądem przypominał ogień. Był on potężnym symbolem transformacji, ponieważ gdy spłonął, na nowo zmartwychwstał; stąd powiedzenie: „odrodzić się jak feniks z popiołów”. W antycznej Grecji piorun był symbolem siły i władzy. Bogowie karali nimi ludzi i zsyłali pioruny na Ziemię.  Wierzono, że za błyskawicami stoją zagadkowe czarodziejskie moce i siły niebieskie. Greckim władcą błyskawic był Zeus, którego atrybutem były złote pioruny.

Greccy filozofowie zgłębiali symbolikę ognia. Heraklit z Efezu, któremu przypisuje się sformułowanie myśli, że wszystko płynie „panta rei”, za zasadę wszechrzeczy uznał właśnie ogień (choć nie należy tego rozumieć dosłownie, inaczej niż dla fizyków jońskich ogień jest dla Heraklita tylko symbolem arche): Świat jest i będzie wiecznie żyjącym ogniem zapalającym się według miary i według miary gasnącym. Heraklit twierdził, że symbolem zmienności, dynamiki, powstawania i ginięcia, konfliktu i walki jest wieczny ogień, który jako błyskawica stanowi przyczynę i rozumnie kieruje całością wszechrzeczy. Demokryt z Abdery uważał, że bogowie powstają z wiru ognistych atomów i jawią się ludziom dysponującym specjalnymi umiejętnościami jako symulakry - obrazy.

W starożytnym Rzymie rozwijał się kult Westy - bogini domowego ogniska. Kapłanki usługujące w świątyni Westy, tzw. westalki strzegły i podtrzymywały wieczny ogień w świątyni jej poświęconej. Ogień reprezentował samą boginię Westę. Za dopuszczenie do wygaśnięcia ognia odpowiedzialnej za to westalce wymierzano karę chłosty, a nawet zamurowywano ją żywcem. Rzymski Jowisz utożsamiany z greckim Zeusem był bogiem dziennego nieboskłonu, burzy i piorunów. Jego atrybutem był piorun. W Rzymie wiązano obłęd z ogniem. Sądzono, że przyczyną obłędu jest nawiedzenie głowy, a zwłaszcza mózgu, przez szalejącego, ognistego daimona (łac. genius). Plautus pisał w Punijczyku, że „mózg [szaleńca] staje teraz w ogniu”, a Wergiliusz w Eneidzie pisał, że „z płomiennej mu twarzy iskry lecą, blask w oczach namiętnych się żarzy”.

W Cesarstwie Bizantyjskim używano tzw. greckiego ognia, którego produkcja i skład otoczone były tajemnicą. Za jej ujawnienie groziła kara śmierci. Prawdopodobnie była to mieszanina oleju lub ropy naftowej i smoły, siarki, saletry, soli kamiennej, żywicy i palonego wapna. Cechą charakterystyczną tej mieszaniny był zapłon przy kontakcie z wodą morską, co zawdzięczał zawartości wapna palonego, którego reakcja z wodą wytwarza duże ilości ciepła. Ogień grecki zapalał się dzięki temu, że na końcu rur, którymi był wyrzucany w kierunku wrogiego okrętu umieszczano źródła ognia (np. pochodnie). Dawało to podobny efekt, jak uruchomienie spray`u przed zapaloną zapalniczką. Sądzić także można, że ogniem greckim określana była ropa naftowa rozrzucana na okręty wroga niczym koktajle Mołotowa.

Słowianie podkreślali kreacyjne znaczenie ognia, co wyrażali w określeniu: „krzesać ogień”, a znaczyło to dla nich „wskrzeszać”.”, Słowiański Perun był bogiem piorunów, błyskawic i grzmotów. Bronią Peruna w tradycji bałtosłowiańskiej jest kamienny piorun, zwany strzałą bożą, piorunową strzałą lub piorunowymi prątkami. Thor był jednym z głównych bogów nordyckich, odpowiednikiem południowogermańskiego Donara. Czczony był jako bóg burzy, piorunów, sił witalnych oraz rolnictwa.

Chrześcijaństwo jest pełne symboliki ognia. Jezus w Ewangelii św. Łukasza (12.49) mówi: „Ogień przyszedłem rzucić na ziemię”. W Apokalipsie ogień utożsamiany jest z karą boską. Te nawiązania sprawiają, że ogień często bywa uznawany za atrybut boga i znak jego obecności. W dzień Pięćdziesiątnicy zesłanie Ducha Świętego usymbolizowane zostało przez ogniste języki (Dz.Ap.2:3). W Wielką Sobotę przed kościołem kapłan krzesze ogień i wypowiada słowa modlitwy, w której Chrystus nazywany jest "prawdziwym kamieniem węgielnym", udzielającym wiernym "ognia światłości". Ogień jest symbolem Chrystusa, a iskra, wykrzesana w ten wieczór, oznacza Jego wyjście z grobu i przejście do odmiennego życia. Od poświęconego ognia zapala się świecę paschalną, od paschału - po wniesieniu do kościoła - wszystkie lampy i świece w ciemnej do tego momentu świątyni. Rozpoczyna się msza św., po zakończeniu której wierni, jeżeli mają taką możliwość, zanoszą poświęcony ogień z płonącymi świecami do swoich domów; dawniej zapalali od niego wygaszone wcześniej w domach światła, a nawet paleniska w piecach.     Każdego roku w Wielką Sobotę tłumy wiernych gromadzą się w Bazylice Grobu Świętego w Jerozolimie, ponieważ tego dnia z Nieba zsyłany jest ogień, który zapala świece w bazylice. Przez wyznawców kościoła prawosławnego „Cud Świętego Ognia” nazywany jest „największym ze wszystkich cudów chrześcijańskich”. Cud ten dokonuje się corocznie, dokładnie o tym samym czasie, w ten sam sposób i w tym samym miejscu. Patriarcha wchodzi do Kaplicy (zwanej Anastasis - czyli Zmartwychwstanie) z dwiema zgaszonymi świecami. Patriarcha klęka przed kamieniem, na którym Chrystus został złożony po śmierci i wypowiada słowa modlitwy, w czasie której dokonuje się cud. Niebieskawe, trudne do opisania światło, jakby wypływa ze środka skały i po jakimś czasie zapala zgaszone lampki oliwne i świece Patriarchy. To światło to „Święty Ogień”, który następnie przenosi się na wszystkich obecnych. Niektórzy chrześcijańscy eremici pustynni w magiczny sposób gasili ogień albo rzucali się w płomienie, co traktowali jako formę ascezy. Niektórzy mieli ogniste objawienia bóstwa. Mistycy chrześcijańscy, np. Beatrycze z Nazaretu w wizji ujrzała „ognisty oszczep Pana”, który przebił jej duszę. Flamandzka mistyczka Hadewijch miała wizję Miłości, z której oczu wylatywały ogniste miecze, a z ust pioruny i błyskawice. Św. Teresie z Avila anioł przebił serce ognistą włócznią, wyciągając jej na wierzch wnętrzności – słynna ekstaza św. Teresy w wizji Berniniego. Katarzyna ze Sieny pisała: „Moją naturą jest ogień”. Pio Forgione, późniejszy święty katolicki, w 1918 roku w wizji ujrzał, że jakaś postać wyciągnęła na wierzch ognistą dzidą jego wnętrzności, a on czuł, że jego ciało i umysł płoną. Angelus Silesius stwierdzał: „Bóg jest ogniem we mnie, a ja w Nim jasnością”. Filozof, matematyk i fizyk Blaise Pascal
w swoim Memoriale, będącym zapisem przeżycia z 23 listopada 1654, pisał: „Ogień, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, nie filozofów i uczonych”.

Obecnie, w czasach cyfryzacji, słowo „ogień” nabrało nowego znaczenia, nawiązującego wszelako do staroindyjskiej tradycji mandalicznej. Jako chcący wejść do centrum mandali musiał przejść przez krąg ognia, tak różne sieciowe „ściany ognia” (Firewalls) to zapory mające blokować wirusy, chcące się zagnieździć w systemach komputerowych. W Chinach Great Firewall of China pełni dodatkowo rolę cenzorską, nie dopuszczając do komputerów osobistych treści uznanych przez władze za wrogie.

Na wystawie, czynnej od 17 stycznia do 8 marca, można zobaczyć 1200 zapalniczek oleskiego kolekcjonera. Zapraszamy.

Ewa Cichoń



Zapraszamy na wystawę

plakat Płonąca kolekcja.pdf


kartkaswiateczna 2012.pdf



W związku z otwarciem nowego komisariatu policji w Dobrodzieniu w dniu 12.12.2012 r. do Olesna zawitali m.in. wiceminister spraw wewnętrznych Andrzej Deskur i opolski komendant wojewódzki Leszek Marzec. Dyrektor Oleskiego Muzeum Regionalnego miała zaszczyt oprowadzić gości po zabytkowym kościele św. Anny w Oleśnie.




  „Świąteczna kraina II” w oleskim muzeum

     Wystawa prac dzieci ze Środowiskowego Domu Samopomocy Społecznej w Sowczycach zatytułowana "W świątecznej krainie II " wprowadza nas w czas wyjątkowy i magiczny. Czas świąt Bożego Narodzenia, kiedy raz w roku stajemy się znowu dziećmi, z nostalgią powracając do szczęśliwych i beztroskich lat, a każda chwila żyje własnym pięknem. Czas rodzinnych spotkań, składania sobie życzeń, wzajemnych życzliwości, dzielenia się opłatkiem, pięknych prezentów pod choinką i cudnych zapachów roznoszących się po całym domu. Czas, w którym nawet zwierzęta mówią ponoć ludzkim głosem, a my w bieganinie życia przystajemy na chwilę i przypominamy sobie o najbliższych, przyjaciołach i znajomych. Ofiarujemy im życzenia i prezenty. Te ostatnie możemy oczywiście kupić w sklepie. W całej Polsce w wielu już sklepach pojawiły się pierwsze ozdoby choinkowe, oraz piękne kartki świąteczne, sztuczne i żywe choinki,  mnóstwo słodyczy, zabawek i upominków.  Ale najlepiej wykonać je samemu, włożyć w to  pomysłowość,  umiejętności i przede wszystkim serce.  Tak jak dzieci ze Środowiskowego  Domu Samopomocy w Sowczycach, które swoimi pracami stworzyły prawdziwą świąteczną krainę. I to już drugą w historii naszego muzeum. Wystawa „Świąteczna kraina” była tu prezentowana w 2010 r. Prace dzieci, tak ciężko doświadczonych przez życie, pełne są energii, kolorów i radości. Pozwalają zapomnieć o szarej codzienności. Te małe dzieła sztuki, wykonane pod kierunkiem pedagogów i opiekunów dzieci, umożliwiając twórcze spędzanie wolnego czasu, wyrażają ważne przesłanie o roli wyobraźni, optymizmu i nadziei w życiu. Są owocem  terapii sztuką –arteterapii. Szopka z piernika, wieńce adwentowe, stroiki, obrazy malowane na szkle wyklejane, wycinanki, ozdobne torebki na prezenty, aniołki, świąteczne upominki czekają na zwiedzających w oleskim muzeum przez cały miesiąc grudzień.
         Środowiskowy  Dom Samopomocy w Sowczycach jest domem dla 30 młodych ludzi z różnymi zaburzeniami i niepełnosprawnościami. Najmłodszy uczestnik ma 3 lata, najstarszy ponad 30 lat. Tam mogą aktywnie rozwijać swoje pasje i zdolności,  uczyć się samodzielności i integracji ze środowiskiem. Kształtowanie poczucia własnej wartości prowadzone jest poprzez wielorakie terapie  a także udział w konkursach, plebiscytach, wystawach, festynach, przeglądach, wycieczkach. Uczestnicy tworzą gazetkę „Słonecznikowe Wieści” pisząc artykuły, robiąc zdjęcia. Ważna jest ścisła współpraca z rodzicami i opiekunami, dla których organizowane są szkolenia, spotkania ze specjalistami, imprezy kulturalno -turystyczne. Środowiskowy Dom Samopomocy w Sowczycach w 2008 r. został wyróżniony przez Kapitułę Stowarzyszenia i miesięcznika Bariery statuetką „Emil 2008” za przełamywanie barier w środowisku osób niepełnosprawnych. Środowiskowy  Dom Samopomocy w Sowczycach mottem swojej działalności  uczynił zdanie Matki Teresy z Kalkuty: „Czujemy, że nasza działalność  to tylko kropla w morzu,  ale bez niej ocean byłby uboższy”.
      03 grudnia 2012 r.  na  otwarciu wystawy byli obecni: kierownik Środowiskowego Domu Samopomocy Społecznej w Sowczycach p. Katarzyna Balcerzak z  pracownikami tej placówki, kierownik Warsztatów Terapii Zajęciowej w Oleśnie p. Ewa Janiszewska-Dandyk,  kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej w Oleśnie p. Ewa Płuciennik, naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym p. Bogusława Szychowska, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy p. Maciej Flank, inspektor  Sanepidu p. Jolanta Bala, dyrektor Oleskiej Biblioteki Publicznej p. Halina Szklanna, dyrektor Zespołu Szkół Dwujęzycznych p. Jerzy Jeziorowski, wicedyrektor ZS w Oleśnie Grażyna Bogacz, przedstawiciele lokalnej prasy i zainteresowani wystawą rodzice, dzieci oraz  mieszkańcy Olesna.
        Muzeum w Oleśnie zaprasza do obejrzenia wystawy "W świątecznej krainie II" w dniach od 03 grudnia 2012 r.    
Ewa Cichoń
                                                                  
 
  


Zapraszamy na wystawę

swiateczna kraina 2012 plakat v1.pdf


W hołdzie autorce Rodła - Janinie Kłopockiej - XVIII Spotkanie Muzealne

W związku z przypadającą w tym roku 30  - tą rocznicą śmierci Janiny Kłopockiej pochowanej na oleskim cmentarzu komunalnym tej  wybitej postaci poświęcone zostało XVIII Spotkanie Muzealne  zatytułowane „ W hołdzie autorce Rodła”.  W tym roku obchodzimy także 90.  powstania Związku Polaków w Niemczech i  80. rocznicę powstania graficznego znaku tej organizacji, którego autorką była  bohaterka niniejszego spotkania. Uroczyste obchody tego jubileuszu zostały zorganizowane  w piątek - 9 listopada we Wrocławiu przez Rodzinę Rodła z Wrocławia, którego  pomysłodawcę i  lidera p. Tadeusza Szczyrbaka gościliśmy na spotkaniu w Oleśnie.  
Gdy ZPwN władze niemieckie zakazały używania polskich symboli w postaci orła białego i barw narodowych, poszukiwano innego wyrazistego symbolu tej organizacji. Ogłoszono konkurs na graficzny znak tego związku. Wygrał projekt młodej zdolnej artystki, studentki prof. W. Skoczylasa Janiny Kłopockiej. Prosty w formie i jakże czytelny  znak Rodła  symbolizujący   kontur  Wisły, której bieg od Bałtyku po Karpaty artystka nakreśliła  białymi prostymi liniami na czerwonym tle.  Zgodnie z sugestiami dr.  Kaczmarka  J. Kłopocka na tym znaku   zaznaczyła dawną stolicę Polski   - Kraków. I tak 80 lat temu, w 1932 r.,  narodziło się Rodło.  
„Rodło nie jest ani herbem, ani godłem. Ukazuje Wisłę-kolebkę Narodu Polskiego i Kraków-źródło kultury polskiej. Rodło to Polska. Symbol pochodzenia, łączności z Macierzą. Znak miłości, uczuć patriotycznych i narodowych. To także znak polskiego krajobrazu. Rodło stało się –jak pokazała historia- nieśmiertelne i niezniszczalne.”
Autorka Rodła związała się mocno z naszym miastem, pracując  tu w 1945 r. na stanowisku kierownika Referatu Kultury i Sztuki Starostwa w Oleśnie. Opisywała ruiny miasta, inwentaryzowała zabytki, ze wzruszeniem wspominała pątniczy kościół św. Anny i mimo tego że przebywała tutaj tylko przez rok, powróciła tu z godnie ze swoją ostatnią wolą. Ziemio Oleska przytul- i przytuliła ta Ziemia spoczywające tu od 30 lat Jej doczesne szczątki.

Wyczarowała prostotą czystej formy
Wierną rzekę Piastowego szczepu
Królewski Matecznik narodowej kultury
Od Wisły, Odry, Warty i Bałtyku
Po dumne szczyty  polskich Tatr
Zamiast godła  Orła i Pogoni
Ród i Godło-Rodło Królewskie
Nowy Polaków Znak

Dzięki zaangażowaniu wielu ludzi- szczególnie rodziny Kłopockich i Płaziuków, które udostępniły pamiątki po artystce a także dyrektora PG nr 1 im. T. Kościuszki Janusza Wojczyszyna –prelegenta spotkania, nauczycieli i uczniów PG nr 1 mogliśmy  pochylić się nad Jej wybitną Osobowością. Dyrektor Wojczyszyn zaprezentował życie i twórczość artystki, działalność ZPwN oraz  genezę powstania Rodła. Uczniowie P G nr 1 przedstawili krótką część artystyczną. Harcerze złożyli kwiaty na grobie Janiny Kłopockiej. Na spotkanie muzealne przybyli: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki, przewodniczący Rady Miejskiej Piotr Antkowiak, sekretarz Gminy Bożena Matusiak, przewodniczący Rodziny Rodła Tadeusz Szczyrbak, prałat Zbigniew Donarski, dyrektor PG nr 1 Janusz Wojczyszyn, dyrektor ZSD Jerzy Jeziorowski, dyrektor ZS Marek Leśniak, dyrektor ZSZ Horst Chwałek, dyrektor Szkoły Muzycznej Jan Maliński, dyrektor MDK Ernest Hober, dyrektor Oleskiej Biblioteki Publicznej Halina Szklanna,  naczelnik Wydziału Edukacji przy Starostwie Powiatowym Renata Płaczek- Zielonka i Bogusława Szychowska, pułkownik Tadeusz Lipiński oraz  młodzież oleskich szkól gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych oraz  lokalne media.
Na uroczystości gościliśmy rodzinę Janiny Kłopckiej- Jadwigę Latałę, Tomasza Kłopockiego, Zdzisławę i Henryka Kłopockich, Annę i Tadeusza Gąsiorowskich, Ewę i Roberta Płaziuków, którzy udostępnili pamiątki po Janinie Kłopockiej prezentowane na wystawie znajdującej się na holu MDK w Oleśnie.



Autorka RODŁA.pdf


Serdecznie zapraszamy na XVIII Spotkanie Muzealne


plakat VIII spot. muz..pdf


25 października w naszym muzeum gościliśmy TVN Meteo i TVN 24

 





XVII Czwartkowe Spotkanie Muzealne  i otwarcie wystawy „Obowiązek swój spełnili do końca”

XVII Czwartkowe Spotkanie Muzealne  otworzyło uroczyście wystawę „Obowiązek swój spełnili do końca” poświęconą pamięci żołnierzy 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty z Lublińca. Ekspozycję będzie można podziwiać w oleskim muzeum do końca listopada 2012 r. Była ona prezentowana m.in. w Centralnej Bibliotece Wojskowej Marszałka Piłsudskiego w Warszawie. Na spotkaniu swoją  pasją i wiedzą na temat historii Lublińca, a zwłaszcza 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty podzielił się autor wystawy Marian Berbesz, prezes Stowarzyszenia Rodzina Wojskowa 74. GPP. Wraz z  komendantem Wojskowej Komendy Uzupełnień Lubliniec mjr. Tadeuszem Lipińskim odegrał on wielką rolę w uporządkowaniu lublinieckiego cmentarza wojskowego. Na wniosek Stowarzyszenia, któremu przewodzi, WKU  w Lublińcu i SP nr 1 i Gimnazjum nr 1  w Lublińcu zostały odznaczone prestiżowym Medalem „Pro Memoria”1, a  komendant WKU Lubliniec mjr T. Lipiński -  Srebrnym  Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Marian Berbesz jest  autorem  prac dotyczących  historii Lublińca.  Jego publikację zatytułowaną „Bohater wrześniowych dni - pułkownik Wacław Wilniewczyc” można było nabyć podczas spotkania.  M. Berbesz został odznaczony w 2009 r. Srebrnym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej, w 2010 r. Medalem „Pro Memoria”, a w roku bieżącym  Brązowym Krzyżem Zasługi. Prelegent przedstawił historię swojego miasta Lublińca, a przede wszystkim związane z nim  dzieje 74. GPP. Swoje wystąpienie ubarwił prezentacją multimedialną.

                Ty jesteś odwieczny geniusz bojowy narodu, zowiesz się Męstwo,
        ty jesteś niespożyta, niezmożona moc ideałów narodowych, zowiesz się Poświęcenie,
               ty  jesteś wszechzwycięska niepodległość ducha narodowego, zowiesz się Wolność.

Początki istnienia 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty związane są z odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 r. Powstał on w Wielkopolsce na wiosnę 1919 r. W 1920 r. brał  udział w wojnie polsko — bolszewickiej; w ciężkich walkach na pograniczu litewsko — białoruskim ponosił ogromne straty i we wrześniu tegoż roku resztki rozbitych pułków zostały  wycofane z frontu. Na ich bazie utworzono 7 Dywizję Piechoty a w jej składzie 159 Pułk Piechoty Wielkopolski, który w dniu 5 marca 1921 r. został przemianowany na  74 Pułk Piechoty.  18 czerwca 1922 r. z rozkazu gen. Szeptyckiego pułk lubliniecki wyruszył z poligonu w Biedrusku do Herb Polskich. 26 czerwca dotarł do Lublińca uroczyście witany przez mieszkańców. W okresie przyłączenia części Górnego Śląska do Polski 26 sierpnia 1922 r. do Lublińca zawitał Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, co upamiętnia tablica umieszczona na budynku Starostwa Powiatowego. 29.10.1929 r. Minister Spraw Wojskowych nadał oddziałowi nazwę 74. Górnośląski Pułk Piechoty oraz przyznał jego żołnierzom prawo noszenia na łapkach kurtek i płaszczy oznak orła śląskiego. W 1930 r. pułk został zaliczony do typu II pułków piechoty tzw. wzmocnionych. Na wypadek wojny przewidywany był do pierwszego rzutu mobilizacyjnego. W okresie zimowym posiadał dwa bataliony starszego rocznika i batalion szkolny. W okresie letnim trzy bataliony strzeleckie. Jego stan był wyższy od pułku „normalnego” o około 400-700 żołnierzy. W Lublińcu stacjonował 17 lat - do dnia 1 września 1939 r. W czasie wojny obronnej 1939 r. wchodził w skład 7. Dywizji Piechoty walczącej w ramach Armii „Kraków”.      Pierwszym dowódcą 74. GPP był płk Milan Marszałek, a od 1932 r.  płk Wacław Wilniewczyc. Funkcje zastępców dowódcy Pułku pełnili: ppłk Julian Janowski, ppłk J. Gruszka, a następnie ppłk B. Panek, ppłk S. Czaryłło, ppłk dypl. S. Wilimowski. Według danych z 1925 r. kadra zawodowa Pułku liczyła 55 oficerów i 127 podoficerów. Od tego roku Pułk posiadał 3 bataliony, w każdym 3 kompanie strzeleckie i 1 kompanię CKM - łącznie w czasie pokoju Pułk liczył około 1500 żołnierzy.
Obecność 74. GPP w Lublińcu bardzo korzystnie wpłynęła na rozwój miasta i powiatu. Dla potrzeb jednostki pracowało  wielu rzemieślników, potrzebne były   dostawy  żywności.    Rozwijały się zakłady produkcyjne, a także instytucje użyteczności publicznej. Przy współudziale jednostki powstały obiekty sportowe i rekreacyjne, wybudowano nowe szkoły. Rozkwitło życie kulturalne miasta, działał zespół teatralny, odbywały się koncerty muzyczne i zawody sportowe. Powstał Wojskowy Klub Sportowy, ważną działalność kulturalną prowadziła dęta i symfoniczna orkiestra pułkowa. Żołnierze i kadra Pułku brali aktywny udział w uroczystościach miejskich i państwowych, organizując wiele imprez kulturalnych i patriotycznych. Bardzo aktywnie działało harcerstwo pod opieką kapelana i katechety ks. J. Szymały. Z jego inicjatywy przebudowano i powiększono kościół św. Krzyża, wybudowano nowy budynek gimnazjum oraz bursę dla młodzieży.
      Gdy zbliżała się wojna, latem 1939 r. rozpoczęto  gorączkowe przygotowania  do obrony granicy i miasta. Dowódcą Pułku był płk W. Wilniewczyc, zastępcami ppłk B. Panek i ppłk S. Wilimowski. Dowódcami batalionów byli: I mjr Józef Pelc, II mjr Kazimierz Rybicki, III mjr Jan Wrzosek. Pułk wchodził w skład 7. Dywizji Piechoty (dowodzonej przez gen. bryg. J. Gąsiorowskiego), a ta była częścią armii "Kraków" dowodzonej przez gen. bryg. A. Szyllinga. 1 września 74. GPP walczył  nieopodal Lublińca, potem został wydany rozkaz, który wycofywał tę jednostkę na pozycję główną na linii obrony Częstochowy. 2 września pod wieczór nastąpił atak nieprzyjaciela na II batalion 74. GPP, który bronił się na linii Warty.  Przełamana została pierwsza linia obrony w rejonie Wrzosowej, a saperzy wysadzili most. Również położenie 7. DP stało się tragiczne; została oskrzydlona i nie miała kontaktu ze swoimi sąsiadami. Dowódca gen. bryg. Janusz Gąsiorowski wydał rozkaz odwrotu z Częstochowy.  Główne siły opuściły miasto o zmroku i drogą przez Olsztyn kierowały się do Janowa. Jako ubezpieczenie boczne od strony południowej maszerował drogami leśnymi od Wrzosowej na Dębowiec i Siedlec II batalion 74. GPP, który w Janowie miał się połączyć z pułkiem. W tym czasie Niemcy zajęli wieś Choroń, okopali się na wzgórzu i o świcie wystrzelili rakietę świetlną, która wywołała panikę we wsi. 2 września II batalion, po nocnym marszu, wychodził z kompleksu leśnego i wkroczył do Dębowca. Miejscowi poinformowali żołnierzy, że w pobliskiej wsi Choroniu są  Niemcy.  Żołnierze polscy nie dali wiary temu i ok. godz. 6 rano podeszli pod wzgórze zajęte poprzedniego dnia przez Niemców. Tego poranka była gęsta mgła, w której Niemcy nie rozpoznali zbliżających się Polaków. Rozpoczęła się walka. Dowódca batalionu mjr Rybicki wydał rozkaz uderzenia 86. kompanii por. J. Kozioła na wieś od czoła, a I plutonowi 5. kompanii ppor. Tęsiorowskiego zaatakowania wsi z boku. Atak wsparł ogień 2. kompanii ckm kpt. Grodzickiego. Niemcy mieli dogodniejsze położenie, byli bowiem na wzgórzu i mieli przewagę nad atakującymi na nieosłoniętym terenie żołnierzami polskimi. Żołnierze niemieccy z 2. Pomorskiej Dywizji Lekkiej  zaczęli manewr oskrzydlający od południa oraz z tyłu, gdyż Niemcy podążali za oddziałami polskimi od strony Częstochowy. Rozgorzała  walka. Trudna sytuacja polskiej formacji i brak amunicji zadecydował o rozkazie dowódcy mjr. Rybickiego, który nakazał wycofać się  do lasu od strony Sokolich Gór i Biskupic. Żołnierze kierowali się lasem do Złotego Potoku. Wojska Wehrmachtu okrążyły siły polskie. Przez cały dzień – 3 września trwały walki, w wyniku których wobec miażdżącej przewagi wroga w ludziach i sprzęcie dywizja został rozbita. Sztab z gen. Gąsiorowskim dostał się do niewoli. Część oddziałów wyrwała się z okrążenia, ale nie stanowiły one już zwartej jednostki. Grupki żołnierzy wycofywały się na wschód Polski. 4 września w rejon Złotego Potoku dotarł mjr Rybicki wraz z resztkami II batalionu. Zastał pobojowisko i postanowił przebijać się na wschód w kierunku Wisły i Sanu.
        W czasie kampanii wrześniowej 1939 r.  7. DP, w skład której wchodził 74. GPP z Lublińca, dzielnie walczyła pod Janowem, Olsztynem, Dębowcem i Złotym Potokiem, potem jeszcze pod Lelowem i Koniecpolem, dając dowód męstwa bojowego i patriotyzmu. Żołnierze lublinieckiego pułku pod dowództwem majora Józefa Pelca walczyli także pod Ciepielowem (w lasku pod Dąbrową) w bitwie  sław­nej wśród hi­sto­ry­ków  ca­łej nie­malże Eu­ro­py. Szwa­dron pol­skich czoł­gów rot­mi­strza Cze­cho­wi­cza z war­szaw­skiej bry­gady pancerno-motorowej na­tknął się na czo­łówki 29. zmo­to­ry­zo­wa­nej dy­wi­zji pie­choty nie­miec­kiej, o któ­rej do­no­sił dzień wcze­śniej pol­ski zwiad lot­ni­czy. W cza­sie bi­twy szwa­dron za­dał cięż­kie ciosy nie­przy­ja­cie­lowi, ale i sam z du­żymi stra­tami wy­co­fał się do Solca. Na miej­scu po­zo­stała jed­nak pie­chota ma­jora Pelca, która sta­wiła czoła  Niem­com. O świcie 8 wrze­śnia, pod Cie­pie­lo­wem koło Zwo­le­nia od­dzia­łom nie­miec­kiego III ba­ta­lionu zmo­to­ry­zo­wa­nego 15. PP, idą­cym w awan­gar­dzie na­cie­ra­ją­cej z Lip­ska na Zwo­leń 29. Dy­wi­zji Pie­choty, za­gro­dził drogę I ba­ta­lion 74. Pułku Pie­choty z Lu­blińca. Do­szło do za­cię­tej walki, w któ­rej straty po­nio­sły obie strony, a szalę zwy­cię­stwa na stronę nie­miecką prze­wa­żyło do­piero ude­rze­nie czoł­gów.  Opór pol­skich żoł­nie­rzy ustał  po wy­czer­pa­niu za­pa­sów amunicji. Żołnierze mjr. Pelca byli zaopatrzeni tylko w  pod­sta­wowe wy­po­sa­że­nie strze­lec­kie oraz kilka ckm-ów. Dzielny ma­jor po­sta­no­wił za­blo­ko­wać swo­imi wą­tłymi si­łami drogę Lip­sko – Zwo­leń, li­cząc, że na od­głos walki przy­będą mu z po­mocą od­działy ar­mii „Prusy”. Do­piero w trak­cie bi­twy  zo­rien­to­wał się w swoim re­al­nym po­ło­że­niu. Mimo to mjr Pelc, bo­ha­ter wojny pol­sko-ra­dziec­kiej z 1920 r. i ka­wa­ler Wir­tuti Mi­li­tari, po­sta­no­wił speł­nić swój obo­wią­zek żoł­nier­ski do końca i za­pew­nić in­nym bez­pieczne wy­co­fa­nie się za Wisłę. Niemcy, po za­koń­cze­niu bi­twy, wzięli do nie­woli wielu żoł­nie­rzy, któ­rym ode­brali mun­dury, znaczki roz­po­znaw­cze, do­ku­menty i ok. 100 spo­śród nich roz­strze­lali na miej­scu. Po­zo­sta­łych po­gnali pod kon­wo­jem szosą i pu­ścili za nimi sa­mo­chód pan­cerny, który otwo­rzył ogień z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych do idą­cych jeń­ców. Wielu jeń­ców – w tym kilku ofi­ce­rów – zgi­nęło. Bo­ha­ter­ski ma­jor Pelc po­legł na po­czątku star­cia.
We wrześniu 1939 r. żołnierze Wehrmachtu, wbrew obowiązującemu prawu międzynarodowemu, zabili na terenie gminy Ciepielów   polskich jeńców wojennych z 74. Pułku Piechoty. W Dąbrowie upamiętnione jest  miejsce mordu wspomnianych żołnierzy.  Na skraju lasu stoi skromny pomnik ofiar Września. Znajduje się tam grób- pomnik poległego w tej bitwie majora Józefa Pelca oraz kilku jego podkomendnych. Tradycyjnie, co roku, w drugą niedzielę września odbywa się uroczysta msza  ku czci pamięci pomordowanych żołnierzy 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty z Lublińca oraz tych, którzy oddali życie w obronie Ojczyzny.
Także w Dębowcu znajduje się mogiła 39 żołnierzy 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty, którzy polegli tam w bitwie 3  września 1939 r. Żołnierzy pochowali mieszkańcy Dębowca na polu Antoniego Wolskiego. Później mogiłę ogrodzono i postawiono drewniany krzyż. W 1958 r. ówczesne władze przeprowadziły częściową „ekshumację"; zlikwidowano krzyż i ogrodzenie, a mogiłę nakazano rozplantować. Mieszkańcy Dębowca nie wykonali polecenia, powtórnie usypali mogiłę, zaś nocą postawili krzyż i ogrodzenie.
W latach 90-ych, z inicjatywy Urzędu Gminy w Poraju, postawiono nowy pomnik z nazwiskami wszystkich żołnierzy 7. Dywizji Piechoty poległych na terenie i w okolicach gminy Poraj w potyczkach 2 i 3 września 1939 r.
Lubliniecki Pułk miał swoje symbole:
Sztandar - ufundowany przez społeczeństwo Lublińca; wręczył go pułkowi  14 maja 1922 r. w Biedrusku Józef Piłsudski.
Odznaka - zatwierdzona Dz. Rozk. MSWojsk. nr 29, poz. 285 z 6 września 1929 roku.  Ma kształt zbliżony do Krzyża Walecznych. Na ramionach krzyża wpisano numer, inicjały i daty najważniejszych bitew 74. PP - 3.VI.1920 i 6.VIII.1929.  Wymiary: 41x41 mm. Projekt: Jan Małeta. Wykonanie: Adam Nagaiski – Warszawa.

    Spotkanie muzealne  swoją obecnością uświetnili goście: Burmistrz Olesna Sylwester Lewicki,  prezes OSP Lubliniec Krzysztof Olczyk, podpułkownik Tadeusz Lipiński, dyrektor Gimnazjum nr 1 w Lublińcu Jan Brzeziński, przedstawiciele Stowarzyszenia Rodzina Wojskowa 74. GPP: Edward Karpe - syn sierżanta 74GPP, Józefa Karpego w czasie okupacji dowódcy AK na region lubliniecko-tarnogórski, Józef Kabuś - syn sierżanta Edwarda Kabusia, Andrzej Musioł- siostrzeniec Adolfa Musioła członka orkiestry pułkowej, Czesław Przybyła - syn sierżanta Mikołaja Przybyły zamordowanego w 1943 r. w Berlinie, Kosowska Danuta z synem Adrianem - synowa oraz wnuk strzelca Józefa Kosowskiego,  Jerzy Dzieduszyński z małżonką - syn sierżanta Juliana Dzieduszyńskiego, dowódcy zwiadu konnego 74 GPP, radna miejska Gabriela Jokiel, dyrektor MDK Ernest Hober, dyrektor PG nr 1 Janusz Wojczyszyn dyrektor ZSD Cezary Łuczak,  Przewodnicząca Związku Sybiraków Barbara Gwiazdowska, harcmistrz Ewa Bebłot, były przewodniczący TSKN Bernard Smolarek.
Po spotkaniu zainteresowani obejrzeli wystawę „Obowiązek swój spełnili do końca” w budynku muzeum, na którą zapraszamy mieszkańców Olesna.
Ekspozycja będzie dostępna  do końca listopada 2012 r.


Ewa Cichoń




Serdecznie zapraszamy na 
XVII Czwartkowe Spotkanie Muzealne



XVII czwartkowe spotkanie plakat v1.pdf


Kolej powiatowa Olesno-Zawisna

Mieszkaniec Olesna Piotr Górok współpracuje z Oleskim Muzeum Regionalnym przynosząc doń ciekawe materiały dotyczące przeszłości naszego miasta. Ostatnio przekazał naszej placówce tłumaczenie artykułu o oleskiej kolei powiatowej, który znajduje się wHeimatkalender des Kreises Rosenberg 1930. Tekst na język polski przetłumaczyła Elżbieta Bereska.


Kolej powiatowa Olesno-Zawisna 2.pdf
            

[ ARCHIWUM ]